wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 12 Przyszłość jest nieunikniona

                                Dedyk dla Nikoli Kostilek. Dzięki tobie Gustaw mi pomagał XD 
                                             Mam nadzieję, że pamiętasz Gustawa wenę :P 
                                               Oby twoja wena również Ci dopisywała :)
                                                   Masz tu swoje obiecane Hicckstrid :) 

Rapunzel

Razem z Ann pisałyśmy test z eliksirów. Słowem masakra.
Zadanie 17. Czym jest bezoar?
Bezoar to...
Czym jest ten bezoar... Coś mi świta. Chyba coś co leczy z trucizny? Taaak, chyba tak.
Bezoar to kamień tworzący się w żołądku kozy, chroniący przed wieloma truciznami.
Zadanie 18. Do czego używa się rogu jednorożca?
Używa się do...
To powinno być na ONMS a nie na eliksirach!
Używa się do robienia eliksirów np. wywaru na czyraki.
Uff, to było ostatnie! Drżącymi rękami odłożyłam arkusz na biurko nauczyciela i wyszłam z klasy. Rozległ się dzwonek i po chwili dołączyła do mnie uśmiechnięta od ucha do ucha Ann.
- jak ci poszło?- spytała.
- nie najgorzej, może nie dostanę trolla.
- aż tak źle nie będzie, chodź, idziemy na śniadanie.
Przez te kilka miesięcy zdążyłyśmy się już mniej więcej (raczej mniej) zorientować co gdzie jest. Idąc rozmawiałyśmy o błahostkach typu "Czy jedziesz gdzieś na święta". Usiadłam przy stole Puchonów. Nagle coś zaczęło pachnieć... taki słodki zapach, z nutą toffie... tylko jedna rzecz może tak pachnieć. Moja ukochana rzecz. Rzecz za którą gotowa jestem zabić. Gofry. Przyciągnęłam do siebie miskę ze stosikiem smakowicie wyglądających goferów (gofery w moim języku znaczą to samo co gofry). Polałam je słodkim karmelem. A myślałam, że gofrowa wróżka to tylko piękne kłamstwo... Wszystkie te gofry podejrzanie szybko zniknęły. To jakaś czarna magia! Z Ann powlokłyśmy się na transmutację ze Ślizgonami.
- hej, która godzina?- spytałam.
- dziewiąta pięćdziesiąt dwa...
Za trzy minuty dzwonek. Ruszyłyśmy przed siebie tak zwanym "sprintem ostatniej szansy". Tak nazywam ten szaleńczy bieg gdy ktoś wie, że się na coś spóźni. Do klasy wpadłyśmy minutę przed dzwonkiem. Zadyszana rzuciłam torbę obok mojego stolika i w tym samym momencie do sali weszła nauczycielka.
- witajcie! Do odpowiedzi weźmiemy- zawsze tak samo. Po słowie "witajcie" można spodziewać się pytania. - weźmiemy pana Frosta.
Jack zbladł.
- ależ pani profesor- zaczął sztucznie przesłodzonym głosikiem- jestem pewien, że Drake- wskazał na rudego chłopaka ze Slytherinu siedzącego obok niego. - bardzo chce się popisać swoją widzą.
- ależ panie Frost -odpowiedziała nauczycielka. Po tych kilku miesiącach chyba nauczyła się, że z Jackiem trzeba się obchodzić jak z małym dzieckiem- niech pan nie będzie tak skromny. Proszę wyjść na środek klasy.
Jack posłał jej mordercze spojrzenie po czym wyszedł. Gdy stanął na środku klasy, on... uśmiechnął się. Uśmiech był na tyle szeroki, że spokojnie mogła bym policzyć wszystkie zęby będące w jego posiadaniu. Jack wyjął z kieszeni złotą broszkę i przypiął ja sobie do krawatu. Znów się uśmiechnął po czym zwrócił się do pani Tooth.
- ależ prezydencie Snow! Ja jestem Jack Frost, prawdziwy kosogłos! - po sali przetoczył się chichot a Jack złapał wyimaginowany łuk i udał, że napina cięciwę i wypuszcza strzałę- Jestem kosogłosem, symbolem powstania! Jestem igrający z ogniem! Droga klaso zrobimy bunt przeciwko tyranii! - wrzasnął a klasa jak jeden mąż poderwała się z miejsc i wszyscy zaczęli skandować imię naszego kosogłosa. Zapewne zapytacie skąd my, czarodzieje znamy powieść "Igrzyska Śmierci"? Cóż, autorka była czarownicą. Dopiero teraz zobaczyłam dokładniej broszkę. Był na niej miniaturowy, złoty kosogłos.
- Jack, nie wiedziałam, że jesteś w fandomie. -szepnęłam do niego. Spojrzał się na mnie ze zdziwieniem.
- bo nie jestem- posłał mi przebiegły uśmiech- zwinąłem ją rudzielcowi.
I wszystko stało się jasne. Nagle Ann tłumiąc chichot krzyknęła:
- te, Igrający z ogniem! Szata ci się pali!
Jack spojrzał w dół. Skrawek jego szaty tlił się zapewne od świecy którą nasz kosogłos strącił ze stojaka. Szybko zadeptał ogień i wrzasnął do nauczycielki która stała w kącie i przyglądała się temu wszystkiemu z ogłupiałą miną jak by chciała Jacka zabić, ożywić, sklonować, zabić klony potem jeszcze raz ożywić i znów zabić.
- Jeśli my spłoniemy to cała szkoła spłonie razem z nami! - po sali przetoczył się śmiech. ( ludzie, słuchajcie kocham Igrzyska, Jack to kretyn i popisuje się przed Punz. Wszystkie pretensje do Jacka kierować. Ja jestem nie winna. dop. autorki)


Jack 

Rozległ się dzwonek i cała klasa wybiegła na zewnątrz. Hahahah, jaka ta baba jest głupia! Myślałem, że zdusi moją "rewolucję" w zarodku a nie da mi się wykrzyczeć. Nagle usłyszałem za sobą głos mojej nauczycielki :
- Frost, pierwsza sobota po świętach, masz szlaban!
Czyli jednak nie jest taka głupia... Z szerokim uśmiechem poszedłem do biblioteki- miejsca naszych spotkań.
Siedzieli tam już wszyscy.
- te, Jack, po co ci ten banan na twarzy? -spytała Merda. Taka to z niej kochana, ciepła i sympatyczna osóbka jak z trolla baletnica.
- suchar tygodnia -mruknąłem zgryźliwie. - tak suchy, że mógł bym na nim suszyć pranie.
- hej- odezwał się nagle Hick- a co będziemy robić jak Mrok zostawi nas w spokoju?
To pytanie można było porównać do sytuacji gdy ktoś kładzie odbezpieczoną minę na stole. Nikt nie wie gdy wybuchnie. W sumie to chyba tylko dzięki tej sprawie z Mrokiem jesteśmy przyjaciółmi. Tylko ona nas łączy.
- będziemy żyć dalej -odezwała się w końcu Merida. wszyscy zamilkliśmy. Ma rację, będziemy żyć dalej. Tyle, że życie będzie się toczyć tak jak byśmy nigdy się nie spotkali...
- jedziecie gdzieś na święta? -spytała Punz.
- Ja zostaję - powiedziałem równocześnie z Meridą. Obdarzyliśmy się nawzajem wściekłymi spojrzeniami.
- nie to ja zostaję - znów powiedzieliśmy to jednocześnie.
- przestań po mnie papugować -znów jednocześnie. Gryfonka zrobiła się czerwieńsza niż jej włosy.


Hiccup

Wsiadłem do pociągu. Wczoraj siedzieliśmy do późna dyskutując o tych wszystkich świątecznych pierdołach. No, jeśli wymianę wyzwisk Meridy i Jacka da się nazwać dyskusją... Podróż minęła szybko. Siedziałem w przedziale z Astrid więc mieliśmy o czym rozmawiać. Na miejscu czekał ojciec. Wiem, zwykle na ojca mówi się tata ale u nas rodzicom okazuje się szacunek. Dzięki tacie teleportowaliśmy się bezpośrednio na Berk, a tam wszystko po staremu. Zimno jak cholera, ludzie zajęci swoimi sprawami, bliźniaki wredne jak zawsze. Sączysmark nieogarnięty a Śledzik zaczytany. Słowem witajcie na Berk, zadupiu tak odległym od cywilizacji że już bardziej się nie da! Szczerbek natychmiast wyskoczył z mojego rękawa a tata powiększył go do wymiarów 1:1. Ten zaraz zniknął gdzieś z Wichurką. Tak naprawdę to jedyne co nas trzyma przy zdrowiu psychicznym to smoki. Po przywitaniu się ze wszystkimi wyszliśmy z As na spacer. No sorry ale kto nie miał by dość Sączysmarka który cały czas podrywa As? Szliśmy po zamarzniętej plaży gdy Astrid zapytała się:
- Lubisz mnie?
Kurde to jakieś podchwytliwe pytanie!Dziewczyny zawsze zadają podchwytliwe pytania! Myśl debilu! Co ona chce usłyszeć.
- nie.
Spuściła wzrok. Idiota. Kompletny idiota. Zbyt kombinuję.
- ja cie nie lubię As. Ja cie kocham.
Zobaczyłem jej uśmiech. Czyli będę żył!
- ja ciebie też.
Pocałowała mnie w policzek po czym spłonęła czerwienią. Czy my przypadkiem nie jesteśmy zbyt młodzi na takie rzeczy? Może...
- zaśpiewasz coś? -spytałem. Spojrzała na mnie ja na wariata.
- po co?
- no bo ładnie śpiewasz. Pamiętam, jak mieliśmy pięć lat to śpiewałaś, chyba wtedy zacząłem cie... no wiesz... -chyba jestem czerwieńszy niż sztuczny ogon Szczerbatka.
- A co mam zaśpiewać?
- może drzewo wisielców?  (przepraszam ale kocham tę piosenkę dop. autorki)
- Are you, are you
Coming to the tree?
They strung up a man
They say who murdered three
Strange things did happen here
No stranger would it be
If we met at midnight 
In the hanging tree
Słuchałem jak zaczarowany. Piosenka jest świetna. Spokojna i melodyjna a As ma wspaniały głos. Gdy skończyła zaproponowałem:
- a może tak przelecimy się?
As spłonęła rumieńcem.
- As, jakie ty masz skojarzenia! Chodziło mi o smoki! Lot na smokach! 
- ok.
Obydwoje zaczęliśmy się śmiać. Przywołałem Szczerbatka i go dosiadłem. Odbiliśmy się od ziemi. Jak mi tego brakowało! Obok mnie leciała Astrid.
- hej, Hofferson, a umiesz tak?
 Taka nasza zabawa, mówimy do siebie po nazwiskach. Szczerbek zrobił beczkę.
- pfff -prychnęła- a ty Haddock umiesz tak?
Wichura wykonała korkociąg. Ta nasza przepychanka trwała jeszcze chwilę. Jak mi tego brakowało! W pewnym momencie, sam nie wiem kiedy As podleciała do mnie i pocałowała mnie w policzek. Chyba jestem najszczęśliwszym jedenastolatkiem na ziemi!


Merida

- dupek - warknęłam w stronę białowłosego pajaca. 
- zołza.
- idiota.
- ale przystojny idiota!
- ale jednak idiota!
- zrzęda
- ciota!
Szliśmy na ucztę świąteczną. Oczywiście szanowna panna Hofferson, Ellens i Haddock musieli wyjechać i zostawiać mnie z tym białowłosym pajacem! Przestałam go wyzywać już sama nie pamiętam za co gdy doszliśmy do Wielkiej sali. Wyglądała bajecznie. Cztery stoły zastąpiono jednym wielkim, suto zastawionym wiktem. Po bokach stały ogromne choinki przystrojone lewitującymi świecami, złotymi sowami i girlandami anielskich włosów. Gdzie nie gdzie rozwieszono jemiołę. Wygląda to co najmniej obłędnie. Gdy usiedliśmy z Jackiem od razu zabraliśmy się za frytki. Wychodząc z uczty dźwigałam miniaturową armatę, którą kiedyś wypróbuje na Jacku, zestaw do robienia czekolady (który mi się bardzo przyda) i gumową różdżkę.  Teraz pozostaje czekać na prezenty.


                                                     * *  * * *  * * * 


                               Wesołych Świąt, wszystkie prezenty idą do Shadow! 
       A tak serio, to wesołych świąt, prezentów, pierniczków i czego tam chcecie XD 
Obiecałam rozdział i jest :) Osobiście jestem z niego średnio zadowolona. No nic, opinię pozostawię wam
                               Tradycyjnie, obowiązuje zasada czytam= komentuje 

~ Shadow

czwartek, 18 grudnia 2014

Sowia Poczta

Wybaczcie, że nie jest to rozdział. Na wstępie wiadomość najważniejsza: Rozdział 12 zostanie dodany przed 24 grudnia. Nie bijcie patelnią i dajcie mi się wytłumaczyć! Weszłam na Blogspota przekonana że świat jest piękny a tu brak rozdziału 12! Blogspot najwyraźniej uznał, że nie potrzebny nam jest rozdział i go usunął. Teraz siedzę i przeżywam traumę bo były tam 3 worldowskie strony. I teraz będę musiała napisać to od nowa. Jeszcze raz was przepraszam. Tu macie wielką czwórkę w świątecznej edycji, tak na otarcie łez.




 

PS 1 komętarz = szybsze dodanie rozdziału

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 11 Przebojowy Pocałunek

Hiccup



Wylosował mnie... Jack. wytrzeszczyłem oczy. On również nie wyglądał na zachwyconego. Ok, trzeba coś wymyślić bo dojdzie do tragedii. Hmm, nie można wymigać się od zasad, więc co dalej. Myśl! Mam! Opłaca się myśleć. Od razu rozwiewam wątpliwości: nie zamienię go ponownie w ananasa! Większość obecnych zaczęła skandować
- ZRÓB TO, ZRÓB TO!
- ok, ale jest jeden warunek -powiedział Jack. -zasłonimy Meridzie oczy.
- co?! Niee.- zaczęła protestować. Mnie to pasuje, gdy by Mer to widziała, nie mieli byśmy życia w tej szkole.
- cohorius- jeden z piątoklasistów wycelował różdżkę w rudą. Na jej oczach zmaterializowała się czarna opaska.
- nie! Ja chcę to zobaczyć!- wrzeszczała.
Jack zrobił krzywy dzióbek i gdy jego usta były kilka centymetrów od mojego policzka sięgnąłem po pierwszą lepszą rzecz leżącą w zasięgu mojej ręki i przystawiłem ją do ust Jacka. Rozległo się głośne cmoknięcie i ogólny śmiech. "Tajemniczym mysim sprzętem" (wicie o co chodzi, o ten mysi sprzęt z tej kreskówki, dop. autorki) okazał się być nadpalony "Prorok Codzienny". I tak o to Jack zrobił z siebie idiotę drugi raz w ciągu półtorej godziny. Pozazdrościć. Dla mnie i Punz balanga skończyła się pięć minut później. Gdy w końcu dowlokłem się do Ravenclawu, padłem na łóżko. Przez jakieś pięć do dziesięciu minut leżałem w ciemności rozkoszując się świętym spokojem. Naraz wszedł Nico. Obrzucił mnie spojrzeniem i powiedział:
- było aż tak źle?
- nie, co ty. Transmutowałem Jacka w ananasa, patrzyłem na schlanych Gryfonów i musiałem tam siedzieć. Było super.
- eh, może to poprawi ci humor. - mówiąc to rzucił mi na łóżko jakiś kolorowy magazyn. Wystarczyło obrzucić go spojrzeniem by zorientować się, że to mugolskie pismo- zdjęcia były nieruchome.
- a po co mi to? Wiesz, ze ja nie lubię tego badziewia.
- otwórz na stronie dwunastej i trzydziestej siódmej. A, no i nie obrazisz się na mnie jeśli pożyczę od ciebie jakąś książkę?
- nie, nie bież jaką tylko chcesz.
Nico wziął Jak wyhodować smoka,  a ja zacząłem czytać. Odnalazłem stronę dwunastą.

Najświeższe fakty.
W pewnej miejscowości było włamanie. Złodziej nie chcąc by mieszkańcy go rozpoznali zdjął okulary i tak zakamuflowany włamał się do domu sąsiadów. Niestety, bez okularów źle widział i pod czas ucieczki uderzył się o ścianę, po czym stracił przytomność. Najdziwniejszy był cel włamania. Włamywacz wykrzykiwał coś o niejakiej "Księdze Tenebrisa".
Księga Tenebrisa... Gdzie ja to słyszałem? Zgodnie z wskazówkami kumpla otworzyłem na stronie trzydziestej siódmej. Wytrzeszczyłem oczy na widok gryzącego oczy nagłówka "Czy Smoki istniały?" Dobrnąłem do trzeciej linijki a potem (pewnie z nudów) tak jakoś dziwnie moja głowa zaczęła opadać na ramę, po czym odpłynąłem w objęcia Morfeusza.
                                                                   Muzyka do tekstu: 
* * * * * *

Stałem na łące, obok Szczerbatka tarzającego się w trawie wyższej ode mnie. Nagle smok zwrócił na mnie wzrok i przemówił ochrypłym głosem.
- wiosna. Bądźcie gotowi na wiosnę. To się stanie wiosną.
yyyy, przed czym on mnie ostrzega? Przed zabójczymi dzięciołami? A może przed morderczą stokrotką?
Znalazłem się w wirze głosów i barw. Szeptały: zobacz nas, pamiętaj o nas, dołącz do nas. Zawsze uznawałem Greków za świrów. Teraz odwołuję wszystko. Może nie byli wcale tacy głupi. Według mnie te głosy przypominają Łąki Asfodelowe- setki dusz błąkających się bez sensu, z jednym pragnieniem : pamiętania ich. Tak pewnie wyglądało by przejście przez takowe łąki. Przykre.  Wylądowałem w cieniu jakiegoś drzewa. Obok mnie stała Astrid. Normalnie, gdy mam jakiś sen inni ludzie nie zwracają na mnie uwagi. Nagle Astrid odwróciła się w moją stronę po czym zamachnęła się na mnie pięścią i krzyknęła:
- Hiccup! Co ty u robisz?!
Zebrałem się z ziemi klnąc pod nosem.
- śpię!
- miło wiedzieć.
- co my tu robimy? -spytałem.
- ja mam wiedzieć?! Nie jestem wróżką!
- wiesz- zacząłem, uśmiechając się pod nosem- jesteś czarownicą, a to prawie to samo.
- jesteś czarodziejem, to prawie to samo -odgryzła się.
- czarownica ma bliżej do wróżki!- zaprzeczyłem. -po za tym czy ja ci cholera jasna wyglądam na wróżkę?!
- wieeeeesz...
- nie wiem i nie chcę się dowiedzieć.
- to co robimy?
- nie wiem. Może się przejdziemy?
Idiota. Jestem idiotą. Lądujemy razem w jakimś popieprzonym śnie, nie wiedząc o co chodzi a ja wyjeżdżam z tekstem "może się przejdziemy?". Idiota.
-niech będzie.
I wszystko zawirowało ponownie a my znaleźliśmy się w jakimś ciemnym pokoju. Poznałem go natychmiast. Był to mój pokój z dziecięcych lat. Średniej wielkości pomieszczenie, meble z jasnego drewna, okno na dachu, mała, płonąca świeczka z wesoło chyboczącym płomyczkiem i tablica z mnóstwem rysunków nadawały pomieszczeniu przyjemny nastrój. A przy tym ten zapach... mieszanina jaśminu i cynamonu. Odetchnąłem jeszcze raz z lubością wdychając mieszaninę uspokajających zapachów. Powoli, jak w transie podszedłem do tablicy z rysunkami i melancholijnie dotknąłem największego z nich. Przedstawiał on małego, chudego bruneta. Obok stał tęgi mężczyzna z pokaźną rudą brodą. Po prawej stronie chłopca uśmiechała się szczupła kobieta, o uderzająco zielonych oczach i brązowych włosach, spiętych w dwa warkocze. Mama. Wtem drzwi się otworzyły i do pokoju weszła owa kobieta z rysunku niosąc na rękach sześcioletniego chłopca. Gdy tylko spróbowała położyć go do łóżeczka ten zaczął krzyczeć:
-nie nie nie! Ja się nie zgadzam! Ja ciem bajkem!
- a może być kołysanka? -spytała z uśmiechem. Oczy chłopca rozszerzyły się i błyszczały ze szczęścia.
- tak!
Kobieta zaczęła śpiewać.
- are you are you coming to the tree 
they strung up a man
they say who mourder three
strange thinks did  happend here, no stranger would it be
if wee meet a meandingnight in the hanging tree
- jeszcze!
- niech ci będzie, ale to już ostatnia.
- dobrze, tylko zaśpiewaj!
- Śpij już maluchu, śpij już śpij
Bo zły smok przyjdzie i zabawkę zabierze ci
A gdy twój wróg usłyszy szloch
To zetrze ci kości całkowicie w proch
Ja obiecuję, jeśli położysz się
we śnie będziesz mieczykami bawić się.
Wiem, kołysanka jest koszmarna ale weźcie pod uwagę, że jesteśmy odizolowanymi od świata wikingami. Doskonale to pamiętałem. Chłopiec zasnął a jego matka wyszła. Usłyszałem za sobą zgrzyt i w tym samym momencie malec obudził się. Po ścianach przebiegł czarny cień. Mały ja schował się pod kołdrą ze strachu przed stworem. Nic dziwnego, w tym dniu usłyszałem od wujka Pyskacza przejmującą historię o trollach i jamniko-elfach. Pamiętam też, że od tego wieczoru cień przychodził co noc. To było straszne.

Merida

Chyba właśnie pobiliśmy rekord. Jest dziewiąta rano a my uciekamy przed naszym woźnym, Alabastrem. Tak dla wyjaśnienia: Alabaster Pryze, wiekowy woźny który za punkt honoru postawił sobie wyrzucenie wszystkich uczniów z Hogwartu. Przeuroczy staruszek. Tak czy siak wracamy do naszych "Igrzysk Śmierci z woźnym w roli głównej" (nie mam zamiaru obrażać fanów Igrzysk, sama jestem trybutką z dystryktu 2 dop. autorki). Stary Alcio, jak nazywają go uczniowie, goni nas za "przypadkowe" wyrzucenie łajnobomb na jego ulubione środki czystości (Pani Fluwell "Żyj czysto przez cały dzień"). Teraz we czwórkę roztrącaliśmy zdezorientowanych uczniów co jakiś czas sapiąc i przeklinając w biegu. Ach, te szkolne lata! W końcu zatrzymaliśmy się przy jakimś tajnym przejściu o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Wydyszałam:
- "chodźcie, obrzucimy woźnego łajnobombami" mówili -zaczęłam przedrzeźniać Jacka- "Będzie fajnie" mówili!"
Jack wzniósł ręce w obronnym geście.
- Nie wiń mnie. Ja jestem niewinny.
Hick prychnął.
- jak zawsze! "To nie moja wina pani Profesor" "To nie ja podpaliłem kolegę pani profesor" "to nie ja złamałem rękę Raytharowi" "nic nie jest moją winą"
- jak ty mnie dobrze znasz!- westchnął Ślizgon. Obrzuciłam go krytycznym spojrzeniem. Jest grudzień! Cieszmy się i radujmy albowiem nie długo Święta!
- co teraz? -spytała Punz.
- jak to co? Idziemy do starego Alcia i " w prezęcie" dajemy mu jeszcze jedną łajnobombę!
-wal się.
Iz tymi jakże motywującymi słowami na ustach pociągnęłam Hicka za jedem rękaw, Punz za drugi i wywlokłam ich z korytarza. Jack pobiegł za nami i z uśmiechem a'la "pozabijam wszystkich jeśli w moje ręce wpadnie jakieś zabłąkane ostre narzędzie, takie jak nożyczki". Mówiłam już jak bardzo nie cierpię tego gościa?
- ok, ja spadam. Jutro z samego rana mam sprawdzian z Historii magii. - powiedział Hick.
- nie rozśmieszaj mnie! Olewasz naukę a i tak lecisz na samych "P"*!
- co?! Ja nie olewam nauki- zaprzeczył brunet.
- olewasz, olewasz! Włóczysz się z nami czyli olewasz! - mruknął Jack.
-ok, ja idę zdrzemnąć się, no wiecie, sen dla urody - rzuciłam odchodząc.
- jakiej urody? -zawołał za mną Jack. Wyjęłam z kieszeni pierwszą lepszą rzecz i rzuciłam w niego.
Ową morderczą rzeczą okazał się być "Prorok Codzienny". A, właśnie, musicie wiedzieć, że Jack panicznie boi się prasy. Według oficjalnej wersji nie lubi gazet odkąd zmuszony został do pocałowania nadpalonej gazety. Ja uważam, że jest zbyt głupi by czytać. W każdym razie jedno z dwóch. Powlokłam się do dormitorium, gdzie wyjęłam książkę od eliksirów i zaczęłam, jak to się wśród mugoli mówi "czytać obrazki". Tak pewnie uczy się Frost. Moja dzika wyobraźnia przeniosła mnie dormitorium Ślizgonów (żeby nie było, ja je sobie tak wyobrażam). Duże, kamienne lochy, oświetlone kilkoma świecami. Obstawione narzędziami tortur. I taki Jack stojący przy jakimś strasznym urządzeniu, jedną ręką trzymający dźwignię rozciągacza a w drugiej dzierżący książkę. I tak by mamrotał: "Ja być jaskiniowiec. Ja nie understendać obrazki. To być za trudne dla mały móżdżek Jacka". Zachichotałam pod nosem. Zdecydowanie mam zbyt bujną wyobraźnię.
- z czego się śmiejesz? -spytała Astrid z sąsiedniego łóżka.
- z Frosta i jego narzędzi tortur
- CO?! Jakich narzędzi tortur? Czy ja o czymś nie wiem?
Opowiedziałam jej ze wszystkimi szczegółami, jak to sobie Merida wyobraża naukę w stylu Jacka Frosta.
Po chwili obie rechotałyśmy jak wariatki. Oczywiście Astrid dodała kilka szczegółów, takich jak: różowe, puchate bokserki, papiloty na jego białych włosach i cebula na oczach.
- z kim mamy test z eliksirów?
- z Puchonami.
-ooo- jęknęłam- a już myślałam, że będę mogła ściągać od Hicka!
Cóż, Life is brutal. Jak na zawołanie Astrid zawołała:
- Life is brutal.
- and ful of zasadzkas
- and sometimes takes kopas w dupas.
I znowu zaczęłyśmy się śmiać jak wariatki. O, tak wygląda Gryfońska nauka. Będą szóstki jak nic. Jesteśmy zwycięzcami. Kaboom!

Jack

Dziwna wariatka! Szjbuska! Świruska! Oszołom! Myślałem. I żeby nie było, nie mówię tu o Meridzie! Ale zacznijmy od początku.
                                                                     * * * * *
Szedłem sobie spokojnie do dormitorium, a tu nagle jakaś blondynka wyskakuje z za rogu i krzyczy:
- Ty dupku! To ty wrzuciłeś tego niuchacza** do dormitorium drugiej klasy!
Jednocześnie złapała mnie zimnymi rękoma za szyję i przystawiła różdżkę do skroni.
- nie to nie ja! To ten Gryfon, jak mu tam... Smith, nieee! Stowell!
- aa, no tak, przepraszam.- zmieszała się.
Zanim ugryzłem się w język zdążyłem krzyknąć:
- hej! Jak się nazywasz?!
Ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała, na tyle cicho bym tylko ja mógł to usłyszeć.
- Elsa. A ty?
- Jack.

                                                           * * * * * * * *

Teraz pluję sobie w brodę, że nie użyłem wobec niej niesławnego oszałamiacza. A podobno Krukoni są mądrzy... No chyba była z Ravenclawu, tak czy siak jej krawat był takiego samego koloru co krawat Hicka. W każdym razie, gdy by była mądra, wiedziała by, że nie przydusza się przypadkowo spotkanych ludzi. Usłyszałem bełkot Flynna. Od ostatniej imprezy nie może wytrzeźwieć i cały czas mamrocze teksty w stylu "Uwolnić Orkę" "Jam jest Jack Sparrow" albo "oszołomie daj ciasta". Obecnie mruczał coś o " zabójczych frytkach". Sięgnąłem do kieszeni. Są. Chodzi mi o takie małe, różowe gumeczki recepturki, takie z których mugolskie dziewczyny robią te wisiorki i tym-podobne-paskudztwa-których-Jack-nie-znosi . Teraz mogą się przydać. Wziąłem kilka owych narzędzi tortur i zacząłem wiązać Flynnowi kucyki na głowie nucąc przy tym Summertime. Voila (czyt. wuala). Flyn miał całą głowę w różowych gumeczkach i kucykach, tak, że wyglądał jak jakiś popaprany jednorożec. Nagle wstał i z diabelskim uśmiechem oświadczył:
- mam pomysł.
- boję się.
- i słusznie.
Tym pomysłem okazało się wbieganie i zjeżdżanie po schodach. No, bo schody w dormitoriach damskich mają taką dziwaczną właściwość, że gdy wchodzą na nie chłopcy zmieniają się w zjeżdżalnię. Więc inteligentny wielce Flynn wymyślił zawody "kto wbiegnie najwyżej nie wypieprzając (przepraszam za słowo dop. autorki)  się przy tym". Ja osobiście zaliczyłem glebę w połowie i zjechałem pod nogi rechoczącego Flynna. Bosko. Po jakiś pięciu do dziesięciu minut przyszedł prefekt, ale zamiast zwyzywać nas, zaczął zjeżdżać z nami. Kocham ten dom! Samowolka! Niech żyje wolność i swoboda, niech żyje zabawa i zjeżdżalnia nie zepsuta! W końcu przyszła opiekunka i oświadczyła że albo się przymkniemy albo wlepi nam taki szlaban że do końca roku nie wymówimy słowa "zjeżdżalnia". Powlokłem się do dormitorium zakuwać na historię magii. Nie żeby to coś dało.


Rapunzel


Zaczytana. To dobre określenie. Powiedzmy, że robię kilka rzeczy na raz: czytam, odpędzam stopą Pascala a  An maluje mi paznokcie. Właśnie doszłam do akapitu o Heldze Hufflepuff.

Helga pochodziła z dolin Walii. Była wielką przyjaciółką Roweny Ravenclaw. Dla Roweny liczyła się inteligencja, dla Godryka odwaga, a dla Salazara ambitność. Hufflepuff ogłosiła, że przyjmie do swojego domu wszystkich. Tak się też stało. Jedynej cechy, której wyraźnie nienawidziła Helga było lenistwo. Helga była dobra z zaklęć gastronomicznych i dotyczących jedzenia. Jej przepisy nadal są stosowane w Hogwarcie. Hufflepuff za czasów swojego uczenia i pobytu w szkole stanowiła dużą konkurencje dla skrzatów domowych.
Chciała bym taka być. Pracowita, pomocna, uczynna i dobra. O, teraz akapit o Rovenie Ravenclaw.

Rowena Ravenclaw — jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu. Właścicielka legendarnego diademu, obdarzającego niezwykłą mądrością. Postanowiła, że do swojego domu przyjmować będzie wyłącznie osoby bystre i inteligentne,gdyż  sama taka była. Rowena pochodzila ze Szkocji, żyła w okresie średniowiecza. Założyła Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie razem z Godrykiem Gryffindorem, Helgą Hufflepuff, oraz Salazarem Slytherinem. Miała córkę Helenę. Rowena zmarła umierając na śmiertelną chorobę. Ravenclaw była serdeczną koleżanką Helgi Hufflepuff. Możliwe, że kupiła swoją różdżkę w sklepie Ollivanderów, którzy swoją działalność rozpoczęli w 382 r. p.n.e. Popularna teoria głosi, że to Ravenclaw wybrała miejsce położenia Hogwartu, czyli jej rodzinne strony.


Jest jeszcze jeden tekst, pomyślałam. W istocie był i przeczytała bym go, gdy by nie krzyk
Annabeth.
- Punz! Ten jaszczur niszczy mi lakiery!
Pascal, zadowolony z siebie i cały uwalonymi różnymi odcieniami błękitu skakał od flakonu do flakonu tłukąc co się da. Dobrze, że nikt inny tego nie widział, bo ten dowcip czarodzieje opowiadali by sobie do końca Hogwartu: Jak długo dwie Puchonki mogą łapać jednego kameleona? To proste, w nieskończoność bo kameleon jest szybszy i bystrzejszy od nich. Koń by się uśmiał.
- nieee- jęknęłam.
- co? -spytała An, próbując posklejać zaklęciami butelki po lakierach. Bez skutku.
- nie mam książki, muszę iść po "Eliksiry dla młokosów".
Dziarskim krokiem ruszyłam do biblioteki. Zjechałam po kilku poręczach i w jakieś dziesięć minut byłam w bibliotece.
- dzień dobry, gdzie są książki o eliksirach?
-po prawej, i jeśli którąś zniszczysz...
- tak, tak, wiem, śmierć przez powieszenie.

Szybko podeszłąm do wskazanego przez bibliotekarkę regału i zaczęłam szperać. Eliksiry dla mózgowców - za trudne. eliksiry dla debla, czyli książka do korepetycji - za łatwe. Znalazłam! Hurra, cała noc nauki przede mną. Pozazdrościć.


* * * * * * 
Uwielbiam was! Kocham was! Po prostu poprzytulała bym wszystkich i każdego z osobna. 1900 wyświetleń *,*. Myślałam że tyle nie będzie przez cały rok a tu proszę! Kocham was! Z okazji 1900 wyświetleń możemy zrobić jakiś konkurs albo jakieś miniaturki. Piszcie w komach co chcecie. Jeszcze raz dziękuję. Czy są tu jacyś fani Perciego Jacksona? Jeśli tak, pisać w komach z jakich jesteście domków. Ja jestem z 13-tki (od Hadesa). Czytał ktoś może Krew Olimpu? Polecam. Świetna książka. Najlepszy moment- Valdezinator. Dobra, dobra, nie będę dawać wam spoilerów. Głosujcie w ankietach i prooooosze komętujcie. 
Cristal





 best patronus ever *,*



czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 10 Definicja szczęścia

                                                                   *****
                   dedyk dla Irvinga- gdy nie mam weny dajesz mi pomysły, gdy mam zły dzień 
                           pocieszasz mnie, gdy muszę się wygadać słuchasz cierpliwie mojego ględzenia.
                                              Dziękuję Ci ty moja paskudo :*

Jack

Zeszliśmy do lochów.
- Służba nie drużba. -mruknął Flynn.
- to mamy nowe hasło? -spytałem.
- tak, zmienili je wczoraj wieczorem.
Weszliśmy do pokoju wspólnego. W środku impreza trwała pełną parą. Donośna muzyka, tony jedzenia i lekko upojeni Ślizgoni stanowili dość, hmmm dziwny widok.
- hej, Flynn... -ale Flynna już nie było. Zobaczyłem go przy stole jak przystawiał się do jakieś czwartoklasistki. Chwilę potańczyłem z jakąś dziewczyną z mojego roku (wyleciało mi z głowy jej imię) po czym uznałem, że imprezowanie z bandą wstawionych Ślizgonów urąga mojej godności. Cóż, life is brutal. Podszedłem do mojego przyjaciela.
- hej, jak dojść do dormitorium Gryfonów? -spytałem siląc się na obojętny ton. W normalnych warunkach Flynn nie powiedział by mi tego, ale że był pijany...
- na siódmym piętrze, przy portrecie Grubej Damy -zmarszczył brwi - a po co ci to?
- nie, tak z ciekawości pytam... -czyli to prawda że jak człowiek ma kaca, mówi i robi wszystko o co go poprosisz. Wyszedłem z dormitorium i skierowałem się na siódme piętro. W kilka minut stanąłem przed portretem Grubej Damy. Dama w średnim wieku, odziana w , bladoróżową, falbaniastą suknię.
- hasło?- spytała wytwornym tonem.
Stanąłem jak wryty przed portretem wytwornej damy owiniętej w szale.
-yyyy- zająknąłem się. Cholera, nie znam hasła.

Merida

Ja, Punz i Hick od razu poszliśmy do Gryffindoru. Na imprezie zasada była jedna: nie ma Ślizgonów,
więc Krukoni i Puchoni mogli wchodzić. Uczniowie z domu orła nie byli rozrywkowi. Przyszło trzech, w tym Hick. Co innego Huffelpuff. Połowa Puchonów gościła w pokoju wspólnym, druga połowa bawiła sie we własnym dormitorium.
- wiecie co, brakuje tu Jacka... -zaczęła Punzie.
- hmm, nie chętnie to mówię ale rzeczywiście, bez Jacka to nie to samo. -mruknął Hick.
- eh, to chodźmy go poszukać. "Białowłosy pajac" nie mógł odejść daleko.- mruknęłam. Wyszliśmy z pokoju wspólnego.
- hej, a ktoś wie gdzie... -chciałam zapytać się "czy ktoś wie, gdzie jest Jack?". Ślizgon wyręczył mnie. Gdy wyszliśmy z dziury pod portretem całemu trojgu opadły szczęki. Jack stał przed portretem Grubej Damy drąc się ile sił w płucach. Poważnie. Tak się darł, że aż poczerwieniał na twarzy. Strażniczka portretu wcale nie była lepsza.
- ty po.... -hmm, takich "przymiotników" nie powtarza się przed dwudziestą drugą.
- hej, Jack! Chodź! -krzyknęła Puchonka energicznie machając ręką. W tym czasie portret zamknął się za nami hałaśliwie.
- o, to wy. Szukałem was.
- to zabawne, bo my szukaliśmy ciebie -mruknął szatyn z prześmiewczą nutą w głosie.
- idziesz z nami. -dodałam. On uniósł ręce w obronnym geście.
- jeśli chodzi o te gumochłony w twojej pościeli to wiedz, że pomogła mi Astrid.
- CO?! Jakie gumochłony!?
- aa, nic, już nic... -z ustami wygiętymi w :odwróconą podkówkę" odwrócił się i już mał postawić pierwszy krok gdy wrzasnęłam.
- Frost! Albo mi wyjaśnisz o co chodzi albo osobiście transmutuję twoją miotłę w kanarka. A widziałeś jak "świetnie" radzę sobie z transmutacją.
- nie! -pobladł- tylko nie miotła! Eksperymentuj na Flynnie, kociołkach i nawet na mnie ale PRECZ od miotły!
Uśmiechnęłam się drwiąco na widok jego miny. Najwyraźniej Frostuś wychodzi z siebie.
- spokój!- wrzasnęła Puchonka -idziemy na imprezę!
- hasło? -spytała Gruba Dama.
- Perudium Gumochłona. -powiedziałam.
- moment! Wy -skazała na mnie, Hicka i Punzie- idziecie dalej ale ty chamski, grubiański...
Zanim skończyła, we czworo przeszliśmy przez dziurę pod portretem.

Hiccup

gdy weszliśmy impreza zamarła. Wszystkie oczy były utkwione w Jacku. W końcu jedna z piątoklasistek pisnęła:
- To Ślizgon! Kto wpuścił go tu?!
- ja -wrzasnęła Merida. Pierwszy raz widziałem ją w takim stanie. Twarz miała czerwieńszą niż włosy a oczy ciskały gromy we wszystkich zebranych tu imprezowiczów. - jeśli ktoś ma coś przeciwko to niech powie. TERAZ!
Nikt nic nie powiedział. Najwyraźniej bali się wkurzonej Meridy. I słusznie. Znów zaczęła grać muzyka. Jakieś skoczne rytmy, zapewne z mugolskiego radia. Cóż, tylko mugole słuchają tego "łubu-dubu" i nazywają to muzyką. Impreza szła pełną parą a apogeum osiągnęła gdy jakiś siódmoklasista z Hufflepuffu wrzasnął"
-MAMY WHYSKY!!!!
Ten wrzask spotkał się z aplauzem wśród zebranych. Ja osobiście specjalnie się nie ubawiłem. Po około godzinie balowania (gdzieś w okolicach 21) padło hasło "butelka" i 3/4 uczniów zebrała sie w czymś na kształt koła. Kręciliśmy pustą butelką po kremowym piwie. Padło na Jacka.
- hmm, Frost ,tak? -Jack skinął głową. - ok, jaki jest twój bogin *?
- nie wiem, nigdy nie widziałem swojego Bogina -spojrzał z chytrym uśmieszkiem na Meridę. -ale gdy bym miał obstawiać, obstawiał bym rudzielca.
Po sali przetoczył się chichot.
- ok -zakręcił. Butelka padła na jakąś piątoklasistkę.- jak bardzo jestem przystojny. W skali 9 do 10.
Dziewczyna zachichotała i wymruczała coś brzmiącego na kształt "jedenaście". Jack uśmiechnął się nieśmiało. Gra trwała dalej, aż w końcu któryś z trzecioklasistów wylosował Punz.
- hmm, powiedz mi słonko, kiedy to jesteś szczęśliwa.
- ciekawe pytanie. Hmm, szczęśliwa jestem gdy maluję i tworzę.
Następnej nudnej godzinie pytań i odpowiedzi, mocno zchlani Gryfoni wymyślili "konkurs całowania". Polegacło to na tym, że trzeba było zakręcić butelką. Nie zależnie od tego, czy wypadnie chłopak czy dziewczyna trzeba ją/jego pocałować. Kręcili i kręcili aż w końcu Jack wylosował... Astrid. Ona wyraźnie nie chciała żeby ją całował, a po jej minie wnoszę, że prędzej dała by mu po przysłowiowym pysku niż pocałowała go. Gdy jego wargi dotknęły jej ust nie wytrzymałem.
- Pinetare! **
Zapamiętać: Nie używać zaklęć w gniewie. Efekt końcowy minął się z efektem zamierzonym. Teraz zamiast głowy, Frost miał... ananasa. Dorodnego ananasa z kilkoma liśćmi. Wszyscy śmiali się, ba! To był ryk. Pomiędzy atakami śmiechu Merida wykrztusiła:
- Frost zmieniony w ananasa... Cóż, teraz mogę -chichot- odejść z czystym sumieniem bo widziałam już wszystko co warto było zobaczyć!
- finite- Jack odzyskał głowę, usta i zdolność wypowiadania przekleństw. Hurra. Po kilku minutach przemiana Jacka w ananasa poszła w błogą niepamięć. Przynajmniej z mojej perspektywy.
I nagle ktoś zakręcił butelką a ta wskazała na mnie. Czyli mogę pisać nekrolog. Taak, Hiccup Horrendous Haddock III ur. 29 lutego zm. 31 lisopada. Jeżeli ta osoba mnie pocałuje....

                                     *****
Witacie ludziki ! Dłuuugo czekaliście, nie wiem czy opłacało się wam. Rozdział jest krótki i chaotyczny. Przez ostatnie dwa tygodnie miałam nawał sprawdzianów, kartkówek, korków i Thor wie czego jeszcze no i rysunki. Duużo rysunków, w zasadzie rysowałam wszystko :) Mam nadzieję, że ten, nazwijmy go umownie "rozdziałem" jest w miarę jako tako. Wiem, nie zamieściłam perspektywy Punz. Zanim przyłożycie mi jej patelnią dajcie mi się usprawiedliwić! No więc, primo: takie dramatyczne zakończenie, żebyście mogli/mogły sobie pozgadywać kto ma pocałować Hicka, secundo: czas, czas czas, zegar tyka jutro sprawdzian i dziewięć lekcji -,-. Czekam na wasze pomysły "któ pocałuję Hiccupa?". Jeśli komuś jakimś dziwnym trafem uda się zagadnąć dodam albo:
a) ice bucket (błagam tylko nie to!)
b) jakąś miniaturkę z dowolnej książki np. Igrzyska, Harry, Percy Jackson.
Czekam na fascynujące odpowiedzi. Aaa, głupia ja- na śmierć bym zapomniała! Mam zamiar dodać zakładkę "Galeria" tam były bo zdjątka Wielkiej 4. Co wy na to?

* bogin- (dla takich nieogarów jak ja zamieszczam coś na kształt definicji) to upiór przybierający kształt tego, czego aktualnie najbardziej się boimy. Nikt nie wie jak wygląda naprawdę, zanim zdecyduje się przybrać formę naszego strachu. Preferuje ciemne, ciasne i rzadko  używane miejsca, takie jak: dół naszego łóżka, skrzynki, szkatułki i itp.

** to zaklęcie jest mojego autorstwa. Mam nadzieję, że nie oberwę patelnią za wymyślanie zaklęć. (nigdy nie mów nigdy)

Cristal Creative.


piątek, 31 października 2014

Rozdział 9 Hallowen

                                                         ******
Uwaga, uwaga! Bardzo, bardzo dziękuję za te tysiąc wyświetleń :3 To z okazji tylu odwiedzin czas na dedyka. Cóż, myślałam, myślałam (a trzeba wiedzieć iż myślenie nie jest moją mocną stroną ^^) i wymyśliłam, że dedyka otrzyma Panna Jadzia za te wszystkie komy jakie zostawiła na blogu. Dziękuję za czas jaki poświęciłaś na przeczytanie tych moich "wypocin" :))
A'props rozdziału, chciała bym przeprosić za to, iż jest on mega nudny i krótki. Cóż, przez tydzień siadałam, zbierałam się i nic z tego nie wyszło. W prawdzie pierwowzór powstał na początku października ale jakoś nie bardzo podobała mi się jego treść.
                                                                          ******



Hiccup

Około dziewiętnastej rozstaliśmy się i każde z nas poszło w swoją stronę. Uczta miała rozpocząć się o dwudziestej więc mam jeszcze całą godzinę. Hurrra! Gdy doczłapałem się do pokoju pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było walnięcie się na łóżko i zaśnięcie.
                                                                        ****
Usłyszałem głos Nica:
-hallo, śpiąca królewno, wstajemy wstajemy... Kto rano wstaje ten co? WSTAWAJ!
Poderwałem się z łóżka z miną a'la " WTF, kto nas atakuje!?". Nico zaczął się śmiać, za pewne z mojej miny, po czym wyciągnął aparat i zrobił mi zdjęcie. Zacząłem wywrzaskiwać nie zbyt pochlebne rzeczy pod jego adresem, których nie należy powtarzać. Bez słowa pokazał mi zdjęcie:


Dołączyłem do jego fali chichotów. Na tym, no nazwijmy je umownie "zdjęciem", wyglądam jak bym przedawkował jakieś zioła. 
-ok, ok -wykrztusił Nico przez śmiech- dość tego dobrego idziemy.
Gdy mój przyjaciel nie parzył zgarnąłem Szczerbatka do rękawa szaty. 
                                                                            ****
Idąc korytarzem delektowałem się rozkosznymi zapachami dochodzącymi z kuchni. Pachniało trochę pasztecikami dyniowymi, trochę ciastem marchewkowym, trochę pieczeniom... można by było wyliczać bez końca!
- jak tam u twoich starych?- spytał Nico.
- u starego- poprawiłem go- nie źle. Szkoda tylko, że będę musiał wrócić tam w lato.
- dlaczego? Aż tak ci się tu podoba?- spytał ze śmiechem.
- nie, ale w domu delikatnie mówiąc nie mam najlepszych kontaktów z rówieśnikami.
Chłopak pokiwał głową w zamyśleniu. Szliśmy i szliśmy, i znowu szliśmy, i jeszcze trochę szliśmy.
-Cholera-mruknął Nico- pieprzyć te schody! Zgubiliśmy się już cztery razy!
- eh, przynajmniej nie wylądowaliśmy w kanciapie, tak jak ostatnio...
Czarnowłosy zachichotał. Tydzień temu mieliśmy "wypadek" i weszliśmy na złe schody które "przypadkiem" wysadziły nas przy kanciapie Filtcha. Nagle Nico zatrzymał się.
-hej stary, idziesz... Nie, no znów?
Stopa mojego kolegi utknęła w stopniu pułapce. Nico sypnął potokiem przekleństw, których nie wypada powtarzać.  Z cichym westchnieniem pomogłem mu wyjść.
-dzięki.
-drobiazg.
I znów, szliśmy i szliśmy, kurczę mam dość tego chodzenia! Nagle z za rogu wypadła Merida wraz z Astrid.



Merida

-hej- mruknęłam- co robicie na siódmym piętrze?
- zgubiliśmy się.- burknął Nico. Dziwny chłopak. Jakiś taki... no ogólnie jest dziwny. Gdzie ja widziałam takie oczy?...
- eh, chodźcie z nami, czwórka to już kompania. Byle byśmy nie spotkali Frosta.- powiedziała Astrid. Chwilę potem Astrid paplała z Hiccupem o tym całym Berk. Wzniosłam oczy ku niebu. Pierwszy raz to mówię ale Frost chyba miał rację mówiąc, że są parą. Trzeba by było ich trochę pośledzić...
-... no wiesz, na Berk w grudniu są nasze specjalne święta*... Jak myślisz, co w tym roku Thor przyniesie do hełmów... Tak, tak a jak tam Wichura?... A co z Szczerbatkiem?
Takie teksty obijały mi się o uszy pod czas naszej wędrówki. Kurde ile można?!
- i z tym optymistycznym akcentem dotarliśmy do wielkiej sali.

Rapunzel

Gdy wraz z Annabeth doszłyśmy do Wielkiej Sali jedyne co wydobyło się z moich ust to:
-wow.
To chyba trafnie opisuje wygląd komnaty. W sali panował półmrok. W kątach pobłyskiwały świeczki umieszczone w wydrążonych dyniach. Nad nami unosiły się setki świec, płonących niebieskawym blaskiem. Nad sufitem polatywały chmary żywych nietoperzy.
-wow- powtórzyłam.
Razem z Annabeth usiadłyśmy przy stole Puchonów i czekałyśmy na ucztę. Zerknęłam na talerze: wszystkie puchary i cała zastawa były ze złota. U'lala, szykuje się coś ważnego. I jeszcze ta impreza u Gryfonów...

Jack

Zasiadłem przy stole Slytherynu. Trzeba to przyznać, North zna się na czarach, że on potrafi tak zaczarować Wielką Salę... O wilku mowa. North wyszedł na podium po czym zaczął przemawiać:
- witajcie, witajcie drodzy uczniowie! Zanim rozpoczniemy naszą coroczną ucztę mam ten przykry obowiązek pomęczyć was ględzeniem dyrcia. I uważam, że swój obowiązek spełniłem.  Wsuwajcie.


Wszyscy zaczęli wiwatować, na co dyrektor wykonał cztery ukłony, po jednym w stronę każdego ze stołów. Wiwaty były jeszcze głośniejsze, gdy na stołach pojawiły się setki potraw. Uczta trwała bardzo długo, potem miejsce dań zajęły desery. Rzuciłem się na tarte kajmakową. Ach, ten smak przypomina mi dom. Po uczcie wraz ze Ślizgonami zeszliśmy do lochów. zwykle w Hallowen Gryfoni organizowali dziką imprezę na którą byli zaproszeni wszyscy oprócz Ślizgonów, więc w tym roku Flynn i reszta z trzeciego roku wpadli na pomysł, żeby zorganizować własną imprezę. Nie mogę się doczekać, podobno ma być Ognista Whysky...

                                                                        ******
Jeszcze raz przepraszam was za to, że rozdział jest tak krótki. Postaram się to wynagrodzić opasłym opisem tej "dzikiej imprezy"  w Gryffindorze i Slytherynie :)













* na Berk co roku, zamiast Bożego Narodzenia obchdzi się Migdaliska (patrz w następnych rozdziałach) ( patrz "a gift of the night fury")

niedziela, 26 października 2014

Obóz Półkrwi

To znowu ja! Zapraszam na kolejnego bloga w którym biorę udział. Akcja toczy się w Obozie Herosów. Typ bloga to opowiadania zbiorowe więc nie będzie można narzekać na nudę :). Mój heros to Adian (jak by co XD). Zainteresowanych przygodami półbogów zapraszam:









obozpolkrwi.blogspot.com



Cristal Creative

środa, 22 października 2014

Rozdział 8 Jack Frost zawsze ma plan Rudzielcu

Jack

Razem z Meridą popędziliśmy w tłum szukać Punzie.
- Jak my ją tu znajdziemy?! - wrzasnąłem.
- szukaj długich, złotych włosów, jak u elfów.
- ale elfy nie mają włosów, one mają futro...
-no, mugole wyobrażają je sobie jako dwu metrowych terminatorów naparzających do wszystkiego co się rusza z łuku. No wiesz... z długimi blond włosami, spiczastymi uszami... z resztą nie ważne, opowiem Ci o nich kiedy indziej, tylko musisz mi przypomnieć... Jest! PUNZIE!
Jak na komendę Puchonka odwróciła się.
-Idę!
Podbiegła do nas uradowana.
-Mer, gratuluje zwycięstwa! Sorry Jack, może na...
-później omówimy quidditcha, teraz idziemy do Skrzydła Szpitalnego- widząc pytające spojrzenie mruknęła- JUŻ.

*****

Merida wpadła jak rudowłsy huragan do skrzydła szpitalnego, po czym zaczęła drzeć się na całe gardło.
-Haddock! Cholera jasna, rusz się tu!
- ciszej, bo nas z tąd wywalą- syknąłem.
-mam to gdzieś, Haddock!
-Panno Dunbroh,-podskoczyłem ze strachu na dźwięk tego głosu- pani zachowanie jest kary godne! Gryffindor traci dziesięć punktów. Proszę ni krzyczeć w miejscach publicznych!
Merida jak porażona prądem odwróciła się do tyłu. 
-A co do pana Haddock'a którego tak usilnie nawołujesz, godzinę temu go wypisałam. Jest w Ravenclawie. 
 ******
Po wyjściu ze szpitala ruda zwróciła się do nas.
- idziemy do Ravenclawu.
-ale nie możemy...-zaczęła Punzie.
-mam to gdzieś. Miałam, no coś na kształt wizji, chociaż nie, to tak jak by jakiś głosik szeptał w mojej głowie.
Westchnąłem.
-niech ci będzie, ale jak się tam dostaniemy?-zapytała Punzie.

Merida

- to już zostawcie mnie- powiedział Frost zacierając ręce z przebiegłym uśmieszkiem.
- a jak tego dokonasz śnieżynko?
- och, obraża mnie twój brak wiary, ale pozwól, że powiem Ci coś co będziesz musiała zapamiętać do końca swych nudnych, szarych dni: Frost ZAWSZE ma plan Rudzielcu.
Eh, co za idiota! Szkoda słów.
- załużmy, ze masz plan i co dalej? -zaczęła ostrożnie Punzie. Po tonie jakim to powiedziała można łatwo wywnioskować, że jest nastawiona sceptycznie do całego pomysłu.
- no pomyślcie, wysilcie szare komórki!- mruknął zirytowany Frost- do pokoju Krukonów nie ma hasła. Trzeba po prostu wejść. Poza y, czy ktoś ma lepszy plan? Tak myślałem. Za mną.

                                                         *****
Pięć minut później staliśmy przed dębowymi drzwiami z mosiężną kołatką w kształcie orła.
- aaaaaa, czyli to tak działa. Przeklęty Flyn, oj już jemu się dostanie za wrabianie mnie!
- czekaj! - zaczęłam wściekła- czyli ty nie wiesz jak się tam dostać?
-no, nie to że nie wiem, bardziej nie umiem się tam dostać, pasuje ci taka wersja?
- jeszcze jedno słowo, a wylądujesz z upiorogackiem na twarzy...
Jack westchnął.
- wydaje mi się, że trzeba zastukać kołatka.
Jak powiedział tak zrobił. Wziął ja do ręki i zastukał trzy razy. Wtem rozległ się dźwięczny, damski głos.
- Jest tam wszystko i nie ma niczego, jeśli chcesz coś znaleźć nie szukaj tam tego.
- co, to ma być zagadka! -wrzasnął Frost- to nie zagadka, to jakaś woodo-przepowiednia! Wpuszczaj ty głupia kołatko!
-Jack, opanuj się, na pewno odpowiemy, a tym cza...
-a co wy tu robicie?! - za nami rozległ się melodyjny głos.
-dzień dobry pani profesor.- powiedziałam- my tylko, no bo my...
Kurczę i co dalej? " Pani profesor, jest dziś w prost idealny dzień na to by włamać się do dormitorium Krukonów, co też mamy zamiar zrobić. Polecam, jest przy tym tyyyyyyyle śmiechu". Zerknęłam w stronę zielonookiej poszukując wsparcia. Ta jednak wzruszyła ramionami na znak, że nie ma pojęcia jakim łagarstwem wytłumaczyć Ślizgona wydzierającego się na drzwi oraz dwie uczennice z różnych domów stojące przed dormitorium Ravenclawu. Z pomocą przyszedł mi Jack.
- my tylko rozmawiamy. Tak, normalnie rozmawiamy, taka tam przyjacielska pogawędka.
- tak, oczywiście.
- a jest punkt regulaminu zabraniający uczniom rozmawiać na korytarzach szkoły?
- nie- profesorka zmieszała się, lecz nagle  zmieszanie ustąpił miejsca uśmiechowi.- a jak wytłumaczy mi pan, panie Frost pańskie wrzaski i groźby pod adresem tych drzwi- tu skazała na dębowe wrota.
- zatopiony- mruknęłam do Punzie a ta pokiwała głową.
- Bo to działa odstresowywująco. Pani nigdy nie próbowała? Pewnie nie... Przecież jest pani taka nie wyżyta emocjonalnie. Naprawdę polecam. Podobno pomaga się nawet odchamić...
Nauczycielka zrobiła wielkie oczy.
- Odejmuję panu dwadzieścia punktów za chamstwo panie Farst!
- a ja pani odejmuję dziesięć punktów za notoryczne mylenie mojego nazwiska. Nazywam się Frost!
- macie wszyscy u mnie areszt! Zaczniecie w sobotę za tydzień, o ósmej rano. A i przekażcie Haddockowi że ma areszt razem z wami.
- ale on nic nie zrobił, ba nawet go tu nie ma! - krzyknęła Punzie.
-nie pyskuj Ellens.
Pedagog odeszła z triumfalną mina.
- brawo wredna żmijo! wygrałaś! Dałaś areszt czworgu pierwszoklasistów. -rzucił Jack sarkastycznie.
- acha, Punzie czyli tak kończą się "plany" Frosta? - spytałam posyłając niebieskookiemu drwiący uśmiech.
- najwyraźniej.
-yyy, ja tu jestem.
-wiem.-powiedziałam z uśmieszkiem.
-Punzie, od dzisiaj ty jesteś moją ulubioną przyjaciółką.
Blondynka zachichotała.

Rapunzel

Wtem usłyszałam chrząknięcie za sobą. W drzwiach stał Hick.
- co wy tu na Odyna robicie?
- próbujemy włamać się do twojego pokoju wspólnego, a co , nie wolno?- spytał obojętnie Jack.
- no, tak właściwie to nie.- powiedziałam. Jeju, oni zachowują się jak przedszkolaki, tylko czekać aż któryś oświadczy że chce smoczka!
-skoro jesteśmy wszyscy, możemy już iść.
-ale gdzie?
-do biblioteki!- Jack stanął na baczność. -już żołnierze, nie obijać się! Od dziś mówcie mi per Panie kapitanie. -mówiąc to zasalutował nam.
- mogę Ci mówić per Idiota. Pasuje? -spytała Merida. Jack w odpowiedzi zasalutował jej po czym wrzasnął.
- do biblioteki podwładni moi!
- on z każdym dniem robi się coraz gorszy. Tylko czekać aż ubierze się w suknię i każe mówić do siebie per Królowo. -mruknął Hick. Nie wytrzymałyśmy i zaczęłyśmy chichotać. Po chwili we trójkę zaczęliśmy rechotać ze śmiechu.
- bardzo zabawne kuternogo.- mruknął Jack z przekąsem.
- nawet nie wiesz jak bardzo!- wykrzyknęła Merida między atakami chichotów.
-ok, ok, opanujmy się wdech i wydech... No Merida przestań...- w tej chwili wybuchłam śmiechem. Z trudem powstrzymując łzy rozbawienia minami reszty przekroczyłam próg biblioteki. Ich miny były bezcenne.
- która godzina?
- trzynasta czterdzieści siedem.
-ach! Za sześć godzin Hallowen! -wykrzykną niebieskooki.
-ok, nie jesteśmy tu, żeby omawiać Hallowen. -powiedziała Mer gdy już zasiedliśmy przy czteroosobowym stoliku.

Hiccup

-więc po co? A i tak przy okazji jaki był wynik?- spytałem. Pielęgniarka nie pozwoliła mi oglądać meczu. Twierdziła, że "to zbyt duży stres".
-wygraliśmy, żebyś widział jak Castellan złapał znicza! A i a'props spotkania. Miałam przeczucie. Pod koniec meczu usłyszałam głos w głowie. On mówił, że coś strasznego stanie się w maju. Że musimy być gotowi.
- a czy to ma coś wspólnego z tym snem Jacka, tym w którym... no wiesz.- Punzie zwróciła się w moją stronę. Nie musiała koczyć. Milczenie jakie zapanowało było zbyt wymowne.
-czyli -zacząłem- ja zginę w maju.
-chyba tak, ale może to nie będzie to.- zaczęła Merida.
-nie, to musi być to, bo co innego- powiedziałem. Niech ciałem by mój głos był smutny ale i tak pobrzmiewało w nim gorzkie rozczarowanie.
- jeśli nie chcesz nie musisz się w to mieszać- powiedział Jack. Powiedział to ze smutkiem, w jego głosie pobrzmiewała troska, żal i... Chwila. Wróć. Troska? No w sumie... Ja też traktowałem go jak przyjaciela.
-nie -zacząłem ostrożnie dobierając słowa - może było by lepiej gdy bym się odsunął ale ja nie mogę. Nie mógł bym później spać spokojnie wiedząc ,że odwróciłem się od moich przyjaciół.
Punzie położyła mi rękę na ramieniu.
-jesteś tego pewny?
-tak.
Mimo, iż właśnie podjąłem najtrudniejszą decyzję mojego życia (która szybko je zakończy) nie czułem strachu, czy smutku. W ręcz przeciwnie. Czuję radość, że mogę być z przyjaciółmi.
-no, czyli cała ekipa w komplecie. -Jack wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.- Mroku drżyj w posadach ze strachu! -przemówił donośnym basem a my wszyscy zaśmialiśmy się. W tym momencie nad nami pojawiła się bibliotekarka i zaczęła wykrzykiwać żebyśmy się wynieśli z jej "oazy spokoju" po czym wypędziła nas na zewnątrz. Chichocząc snuliśmy się jeszcze chwilę po zamku w oczekiwaniu na ucztę.
                                                                  ******
No i jest rozdział. Mam nadzieję, że jest w miarę znośnie a akcja przebiega płynnie. To chyba tyle... No to czekam na komy :))
























tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo1_500.gif
tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo2_500.gif
tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo3_500.gif
tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo4_500.gif

środa, 15 października 2014

Rozdział 7 Pierwszy mecz

Merida
Październikowe deszcze zaczęły powoli ustępować chłodom listopada. Jedynym plusem tych dni było to iż ze względu na fatalną pogodę przerwano lekcje astronomii. 31 (czyli jutro) października miał rozegrać się mecz, Gryfoni kontra Ślizgoni. Od kapitana drużyny dowiedziałam się, że będziemy grać w deszczu i błocie. Współczułam szukającym gdyż szacowana widoczność to dwa metry. W przed dzień meczu kapitan zawołał zebranie.
- Posłuchajcie -zaczął- dla nikogo nie jest tajemnicą że Ślizgoni będą oszukiwać. Szczególnie martwi mnie ten cały. Frasty? Fristy? No jak mu tam...
- Frost - podsunęłam.
-Tak!  Ten Frost wygląda mi na takiego typa który dba tylko o siebie... Tak wiem że jest z pierwszej klasy - dodał poirytowany kapitan widząc rozbawienie na twarzach drużyny- to że jest on nas młodszy sprawia też że jest zwinniejeszy i szybszy. Luke! - Skarcił szukającego, który miał atak niekontrolowanego chichotów, po czym kontynuwał- Castellan, nie śmiej się bo wszyscy dobrze wiemy, że to szukający jest głównym celem fauli! Radze wam unikać Frasta...
-Frosta. - przerwałam.
-tak właśnie powiedziałem, więc Frosta, Averrego, Raithara i Cowell.
-Cowell? - zdziwił się Scot- przecież to dziewczyna...
- może i dziewczyna, ale jest pałkażem, a co za tym idzie w jej posiadaniu jest duży kij który z nieukrywaną przyjemnością rozbiła by na twojej głowie, szczególnie za tego Upiorogacka którego posłałeś jej na eliksirach...
                                                                 *******
Nadszedł ten dzień. Nie padało, lecz nad nami wisiały ciemne chmury. Po przedmowie Finnigana (kapitana) przebraliśmy się w szkarłatno-złote szaty Gryfonów. Czułam tremę. Tyle trenowaliśmy, i co? Co jeśli przegramy... Nie! Skarciłam się w duchu, wygramy. MUSIMY wygrać. Chcę udowodnić Frostowi, że jako dziewczyna nie latam gorzej od niego! Chyba zaczynam dostawać paranoi. Za kapitanem wyszliśmy na boisko. Na samym środku stała profesor Hooch.Na jej szyi wisiał srebrny gwizdek a po jej minie było widać iż bardzo chce go użyć. Oprócz gwizdka dzierżyła Srebrnego Groma 1435 i drewnianą skrzynkę ze zniczem, tłuczkami i kaflem.
- kapitanowie, podać sobie dłonie!
Finnigan śmiało podszedł do kapitana Slytherinu, chyba nazywał się Ivonnie... Jak na potwierdzenie profesorka ponagliła go:
- Vincent! Oh, Ivonnie szybciej!
Chłopak wyglądał jak zapaśnik, był muskularny i tęgi. Miał brązową szczecinę na głowie i małe, mętne oczka. Wraz z Oliverem wymienili uścisk dłoni po czym usłyszałam gwizdek. Zaczął się mecz.

*narracja trzecioosobowa*

- Ruszyli!- po błoniach poniósł się donośny, męski głos- Gryfoni przy piłce! Dunbroh, Hofferson, Symour... uuuuu- po boisku potoczyło się zawodzenie Gryfonów- Frost blokuje Saymoura który ledwo trzyma się na miotle... Ślizgoni przy piłce, Avery, Dionne, Avery, Avery przy bramce i- z zielono srebrnego sektora wydobył się jęk- świetne zagranie pałkaża Gryfonów, Lawrence i Thorton posłali dubla w stronę Averego, dubel* pięknie trafia! Hofferson przy piłce, Davies blokuje i... - wszystkie sektory, oprócz Ślizgonów zawyły - FAUL! FAUL! Po tym okropnym oszustwie...
- Damon...- Profesor Scot upomniał komentatora.
- po tym jawnie oburzającym zajściu...
- Damon, jako komentator musisz być bezstronny!
- Ok! Po tym FAULU - położył nacisk na to słowo, dobitnie wymawiając każdą literę.- Finnigan zażądził przerwę. -po kilku minutach na boisko wychodzą Gryfoni- Hofferson schodzi z boiska, zamiast niej wchodzi Lewis McCurly. Pani Hooh wznawia grę i zarządza żut wolny dla Gryfonów. Dunbroh podaj do Saymoura, lecą do bramki i... GOL!
 Seventh podaje do Frosta... chyba się nieźle wkurzył bo leci jak wariat, sam przeleciał przez połowę boiska! Chłopak ma talent nie ma co! Wymija całą drużynę Gryfonów i GOL! Panie i Panowie, właśnie oglądamy przyszłego kapitana Ślizgonów! Zaraz?! Czy Castellan widzi znicza? - wszyscy na widowni zamarli widząc nurkującego Castellana.- Valdez rusza za nim... Idą łeb w łeb i...

- wstrzymał oddech- Castellan ma znicza!

Rozległy się wiwaty tak głośne, iż osoba stojąca na błoniach mogła by pomyśleć że na stadionie wybuchła bomba, taki był aplauz Gryfonów, do którego dołączyli się Krukoni, Puchoni i jeden biało włosy Ślizgon...
Merida natychmiast odnalazła Jacka.
-Zgarniamy Punzie i idziemy do Hicka. - widząc pytające spojrzenie blądyna szepnęła- miałam przeczucie.
                                                                       

                                                                      *****
Dziękuję za ponad pół tysiąca wyświetleń :* Ale ciężko było opisać ten mecz! Wiem, że dla miłośników Slytherinu wynik meczu jest niezadawalający, ale to się zmieni. Opisałam tylko perspektywę Meridy ponieważ miała ona chyba najmniej rozdziałów. A, i tak wogóle od teraz zamiast Hiccup, będę Cristal Creative. Wciąż jestem tą samą blogerką, tylko login mam inny :) I to chyba tyle... A no i prooooooooszę, komentujcie. Komy można dodawać nawet jako anonim. Papa i zapraszam na mojego nowego bloga.



* " Obaj pałkarze uderzają w tłuczek jednocześnie, co znacznie wzmacnia siłę odbicia i zwiększa zagrożenie atakowanego żelazną piłką przeciwnika " Quidditch przez wieki str. 60

wtorek, 30 września 2014

Rozdział 6 Co ma być to będzie...

Hiccup

Ciemno. To było pierwsze określenie miejsca w którym się znalazłem jakie przyszło mi do głowy. Pamiętam tylko, jak by przez mgłę ból w prawym udzie, strach... skrzydło szpitalne... Jacka, Mer i Punzie. Rozejrzałem się: wokół mnie była czarna pustka. Nagle wspomnienia minionego popołudnia wróciły do mnie z całą mocą. Przypomniałem sobie wyraźnie, że zachorowałem na żmijaczkę. Super, umarłem.Nagle stwierdziłem, że jestem na błoniach Hogwartu, przed jeziorem. Był letni, upalny dzień, prawdopodobnie czerwiec. Pod rozłożystym dębem siedział jakiś przystojny brunet i ruda dziewczyna. Brunet był wysoki, miał długie nogi, uderzająco zielone oczy, wąskie usta, piegi na nosie i rozczochrane, brązowe włosy. Przy nim siedziała szczupła dziewczyna, o rudej, potarganej czuprynie, miała wodnistoniebieskie oczy, obramowane ciemnymi rzęsami. Wtem dostrzegłem jeszcze jeden szczegół: chłopak zamiast lewej nogi miał metalową protezę. Prawda orzeźwiła mnie z mocą wiadra zimnej wody wylanej mi na głowę: ten brunet to ja. Wyglądałem na 16 lat. Czyli ta ruda dziewczyna to Merida? Nie, to nie możliwe... A może jednak? Podszedłem bliżej. Nagle przystojniejszy Hick wstał. Merida zrobiła to samo. Usłyszałem ich rozmowę. Chłopak stał w cieniu dębu.
-Hick, c-co ty robisz? Otrząśnij się, ON nad tobą zapanował! - mówiła dziewczyna. W jej głosie dało się słyszeć desperację, histerię i przerażenie. Wtem zobaczyłem o co jej chodziło. W cieniu drzewa stał blady mężczyzna ze snów Jacka i szeptał coś mnie2 do ucha. Po chwili rozsypał się w czarny piasek. Oczy chłopaka zrobiły się czarne i puste. Powoli, jak robot wyciągnął różdżkę i wycelował ją w Mer.
- Hick, to ja Mer, kumpela Astrid...- po tych słowach stało się coś dziwnego. No, tak jak by znalazłem się w głowie starszego mnie. Słyszałem dialog jaki prowadzili Mrok i Hick 2.
-zabij ją!
-n-nie. to moja p-przyjaciółka...
- zasługuje na tortury!
-nie!
-tak, wiem, że tego chcesz...
-NIE!
-TAK, zasługuje na karę! Po tym co zrobiła.
Poczułem że przyszły ja traci kontrolę po czym znów stałem się obserwatorem. 
- Crucio.- po tych słowach dziewczyna upadła i zaczęła się wić z bólu. Oczy chłopaka na powrót zrobiły się zielone. 
-Finite!, Mer, żyjesz? -zapytał zatroskany. Znów znalazłem się w ciemnościach.
- To się stanie.- usłyszałem za sobą głos.-to jest nie uniknione.
Powoli się odwróciłem. Przede mną stał Mrok.
- Byłem pogrążony we śnie. Mój plan się nie powiódł. Lecz teraz powstanę na nowo. A pan Frost mi w tym pomoże.- na jego bladych wargach rozlał się ochydny uśmieszek. - jego krew splami mury Hogwartu.
Odruchowo sięgnąłem po różdżkę ukrytą w kieszeni spodni- różdżki nie było. Mężczyzna zaśmiał się:
- to ja jestem panem snów, księciem koszmarów. To ja znam lęki ludzkości. To ja wynalazłem zaklęcie Cruciatus! To co widziałeś stało by się, gdy byś przeżył ten rok. Jeśli zginiesz będziesz mniej cierpiał- powiedział głosem przesyconym fałszywym współczuciem.- zaufaj mi. to będzie dużo lepsze dla ciebie.
Mrok wyciągnął moją różdżkę, wycelował ją we mnie i szepnął:
- Avada Kedavra. Ujżałem błysk zielonego światła.
                                                             ******
Obudziłem się zalany potem. Byłem w skrzydle szpitalnym.
-no, mój drogi, nareszcie się obudziłeś!
- jak długo byłem nie przytomny?
- tydzień. Jeśli cię to pocieszy, codziennie przychodził pan Frost, panna Dunbroch, panna Elens i panna Hofferson.
Spróbowałem wstać lecz natychmiast tego pożałowałem. Zapiekły mnie wszystkie mięśnie i bezwładnie opadłem na poduszki.
Pielęgniarka zacmokała z aprobatą.
-to, że wyszedłeś cało ze żmijaczki jest cudem. Przez następny tydzień będziesz tu leżał. Tu masz ekstra pieprzowy wywar, rozgrzeje cię i pomoże ci się odprężyć.- mówiąc to postawiła na nocnej szafce butelkę pełnął czerwonego, parującego płynu i kubek. Gdy tylko wziąłem pierwszy łyk ogarnęło mknie rozkoszne ciepło i senność. Usłyszałem otwieranie drzwi. Materac w nogach mojego łużka jęknął i  ugiął się od ciężaru. Usłyszałem głos Jacka:
-stary, ile można spać?
- Jack, na gacie Merlina, on ledwo żyje! - usłyszałem poirytowany głos Meridy.
-Mówić mu o tym śnie?- usłyszałem powątpiewający głos blądyna..
- no, zasługuje na prawdę...
-a ty chciała byś się dowiedzieć czegoś takiego, oczywiście zaraz po tym jak wybudzisz się ze śpiączki po chorobie którą ledwo przeżyłaś?! -szepnęła Punzie.
- nie wierzę, że to mówię ale- Jack wziął oddech- zgadzam się z Rudzielcem.
- o co wam chodzi?- otworzyłem oczy. Punzie wyglądała na zdenerwowaną, tak jak reszta. 
- ile słyszałeś z tego, no wiesz, z tego co mówiliśmy?
-yyy, tak właściwie to wszystko.
-stary, jak ty wyglądasz?- zapytał się Jack. Tym pytaniem zbił mnie z tropu.
-no, normalnie, a jak mam wyglądać?
Westchnął- według mnie strasznie- po czym podał mi lusterko. Zajrzałem w nie ciekawy co zobaczę. Skrzywiłem się gdy ujrzałem chłopaka w lusterku. Miał cerę koloru pergaminu. Zielone oczy były podkrążone ciemnymi sińcami. Miał potargane, brązowe włosy i blade usta.
- Na wielkiego Thora! Ale wracając do tematu, czego nie chcieliście mi powiedzieć?
Wymienili ukradkowe spojrzenia.

Jack

Ok, zebrałem się na odwagę. No, Hick ma prawo wiedzieć.
-Miałem sen, no i w tym śnie... no ty jak by to powiedzieć... No oberwałeś strzałą od Mroka. Przebiła ci lewą pierś, trafiła w sam środek herbu Ravenclwu. No i... to ogólnie było straszne. - powiedziałem z grobową miną. Przypomniałem to sobie. Walka z koszmarami, zatruta strzała, krzyk przyjaciela, jego krew, ten szept, i postać w czarnym kapturze zabierającą jego ciało... NIE przestań o tym myśleć. Wystarczy że w nocy musisz do tego wracać! Z zadumy wyrwał mnie głos Krukona, zająknął się. 
- a znasz może jakieś szczegóły ?
- wiem, że to się stało w podziemiach Hogwartu, i że byliśmy w tedy we dwóch.
                                                               ***

Na lekcjach było jednym słowem nudno. Hick przez tydzień siedział w szpitalu. Czasami widywałem tam tego całego di Angelo. 
- mam ciarki gdy widzę tego faceta- zwierzyłem się zielonookiemu. On tylko westchnął.
- nie ty jeden, ale zrozum, miał ciężkie życie.
Spojżałem na niego pytająco.
- Nie znał rodziców, Przeszłości nie pamięta, ale od urodzenia opiekowała się nim Bianca, jego starsza sistra, razem trafili do sierocińca. W ostatnim roku pobytu w sierocińcu jego siostra zmarła na raka serca. Opiekowała się nim od zawsze, miała w tedy 13lat. Później trafił do rodziny zastępczej. Na jego szczęście to byli czarodzieje...
Nawet po wyjaśnieniach szatyna wciąż nie byłem pewny co do Nica. Te czarne oczy, gdzie ja widziałem te oczy... Zawsze w obecności tego chłopaka włosy stawały mi dęba, a mój instynkt samozachowawczy natarczywie alarmował mnie o zagrożeniu i nakazywał ucieczkę. Coś z tym dzieciakiem było nie tak, a ja dowiem się co!
Cały czas nękały mnie sny. Najgorsza była środa. Odrazu zasnąłem , co nie było dla mnie pocieszeniem. Usłyszałem szept.
- on zginie, on musi zginąć, Haddock musi zginąć! 
Zobaczyłem jak Krukon pada na ziemię ze strzałą tkwiącą w piersi. 
- on umrze, Haddock umrze, on musi zginąć, zabij go , torturuj go! niech cierpi!
- nie... -odezwał się cichutki głosik w mojej głowie.- to mój przyjaciel.
-zabij go, torturuj, spopiel, zamroź, obróć w pył!
-nie.
-to nie twój przyjaciel- poszeptywał Mrok- ja jestem twoim przyjacielem. Ja dam ci sławę, władzę i potęgę. A co on Ci da? Nic. Jeśli nie chcesz myśleć o sobie, pomyśl o innych, o Rapunzel, Astrid, Meridzie i Hiccupie. Co ty im możesz dać? Ból, cierpieni, gorycz, żal... śmierć. 
Znalazłem się na błoniach Hogwartu. Przede mną leżały rzędem ustawione ciała. Był tam Hick, Merida, Punzie, Flynn i wiele innych osób. Nad nimi stał śmiejący się Nico w czarnym, królewskim płaszczu. Obok Krukona łkała Astrid. 
-NIE POZWOLĘ CI!
- Śmierć, zbiża się śmierć, ktoś bliski ci umrze i ty nic na to nie poradzisz. Śmierć.
 Obudziłem się z wrzaskiem, zalany potem. Flynn trzymał mnie za ramina, jakiś starszy Ślizgon unieruchamiał mi nogi.
- z nim jest naprawdę źle! Idźcie po opiekuna domu!
-nie, nie trzeba- przemówiłem trzęsącym się głosem.- jest ok, a i Flynn, gdybyś mógł przestać mnie krępować bo czuję się dość nie zręcznie...

Merida

Hurra, za dwa tygodnie mecz, Gryfoni kontra Ślizgoni. Na treningach dają nam (mnie i Astrid) niezły wycisk. Do dróżyny dostałysmy się bez problemu. Po raz pierwszy w historii w składzie jest dwóch pierwszorocznych ścigających. Ach, nie mogę się doczekać aż zwalę Frosta z miotły! Opowiadał nam ostatnio swój sen. Jeju, Mrok musi mieć coś do Hicka skoro tak zawzięcie dąży do uśmiercenia go. To robi się coraz bardziej szalone. Nigdy się do tego nie przyznam, ale boję się jak diabli! Po raz pierwszy i ostatni to mówię, ale chyba czas iść do biblioteki. Razem z Jackiem i Punzie (Higienistka nie wypuściła Haddocka ze szpitala) szukaliśmy informacji o Mroku. Po godzinie usłyszałam krzyk Jacka:
-znalazłem, jest!
Z podnieceniem pokazał nam opasły wolumin, oprawiony  w brązową skórę. Na pożółkłej stronie były same łacińskie inskrypcje:


tenebris magus qui in saeculo septimo decimo, pulsus hostis aeternam. carmine 
cruciatus inventor.

- zostawcie to mnie- mruknęła Punzie.- metafratis.

Mrok, był średniowiecznym czarnoksiężnikim. Pokonany przez Grindelwalda 
Spoczął w numergardzie. Był wynalazcą zaklęcia Cruciatus.

- na ostatniej stronie jest legęda o nim- powiedział podekscytowany Jack.

Zanim Pan Ciemności został pokonany zaprzysiągł zemstę.
 Mrok posiadał czarną
różdżkę. Gdy dochodził do władzy została wygłoszona 
przepowiednia.
Przez wieki krążyły plotki iż takowe proroctwo jest trzymane
w legędarnej sali przepowiedni.
        Mrok został pokonany przez Grindelwalda, trzeciego w historii 
                               najgroźniejszego czarnoksiężnika. Z początku Grindelwald przegrywał,
                           lecz zpomocą przyszli okoliczni mieszkańcy (około 20 osób) i wspólnie 
                                   próbowali stawić opór. Udało im się dobiero gdy mały Jamie Benneth dołączył do nich i trafił Mroka w plecy oszałamiaczem.

Rapunzel

- hmm, jaki tytuł ma ta książka?- spytałam zamyślona.
- Aquissies de lenqine, autor Anubis, księga 3- odpowiedziała Merida. Twarz Jack stężała. 
-ale nie myślisz że to...- zaczął.
-... tak, Anubis III, tak jak w twoim śnie. Zdaje się, że o tę książkę chodziło.
- idziemy mu powiedzieć- zadecydowała Mer, po czym zgodnie wstaliśmy i popędziliśmy do skrzydła szpitalnego.
                                                                              ***
- Hick, Haddock, HICK!! - zaczęła Merida.
-halo?!- krzyknęłam.- gdzie on jest?
-przykro mi dzieci, ale nie możecie się z nim zobaczyć. - powiedziała pielęgniarka niespodziewanie materializując się za mną.
- dla czego?-  spytał Jack. Pielęgniarka westchnęła.
- pogorszyło mu się, to cud, że przeżył Żmijaczkę, ale jego organizm był zbyt wycieńczony. Teraz ledwo żyje...
-mimo to- odezwał się dyrektor który obserwował tę scenę w milczeniu- powinna pani pozwolić im się zobaczyć.- powiedział z mocą. Pielęgniarka wzniosła oczy ku niebu, i gestem zaprosiła ich do łużka zasłoniętego parawanem. 
-uprzedzam, że nie wolno mu się nadwyrężać- oświadczyła sucho. Jack odunął parawan. 
- ile można?- mruknął zirytowany. Nasz przyjaciel znów był w śpiączce. Był blady, jego twarz miała prawie ten sam odcień co szpitalna pościel. Miał sine usta, oczy podkrążone sińcami i matowe, brązowe włosy rozsypane kaskadą wokół głowy. Chłopak dgnął, po czym niespodziewanie zerwał się z łużka i zaczął krzyczeć:
-on tu jest, przyjdzie tu wiosnął! 
- stary, nie drzyj się tak bo zaraz nas ztąd wywalą! - szepnął Jack. Po chwili chłopak opadł z powrotem na poduszki. Jęknął.
- auć! Wszystko mnie boli.
- nawet lewa noga?- spytał Jack z ironią.
- tak, nawet moja lewa noga - Hick posłał mu drwiący uśmiech. 
- nic dziwnego, - odezwałam się cicho- wyglądasz jak śmierć.
- czyli i tak lepiej od Jacka
- hej!- blądyn udał obrażonego. Opowiedzieliśmy mu o naszym odkryciu.
- hmm, to wszystko zaczyna układać się w logicznął całość... - mruknął brunet. 
- zaczynam się bać- Jack zrobił przerażoną minę. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Co ma być to będzie...

                                                   **********
Jeju, wiem, że takie trochę dramatyczne, ale musiałam zrobić wstęp do następnych rozdziałów. Mam nadzieję że jakoś przejdzie :). A, no i jak się podoba nowy wygląd bloga? Trochę się nad tym pomęczyłam ale myślę, że warto było. Dodałam opisy postaci, spam ( tam reklamujecie się) i "zapytaj bohatera", tam w komach możecie pytać wszystkich bohaterów (także drógoplanowych) o wszystko. No, to tradycyjnie komentujcie :)







sobota, 20 września 2014

Rozdział 5

Rapunzel


Odetchnęłam z ulgą dopiero gdy znalazłam się w swoim łóżku- całkowicie bezpieczna i wolna od tych wszystkich huków, jęków i skrzeków. Podziwiałam Hicka za to co zrobił z tą bestią, jednak w głowie miałam tylko jedno pytanie: skąd Hick wie jak wytresować smoka? Może to był ten jego wielki sekret, i możliwe też że to właśnie przez to stracił nogę, i dlatego nie chce o tym mówić... Żeby się przekonać trzeba będzie nakłonić go do mówienia, choć z drugiej strony moje życie wcale nie jest mniejszą tajemnicą ... Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos Annabeth:
- PUNZIE GDZIE TY BYŁAŚ?!
-ćśśśśśś, nie drzyj się tak bo cały dom obudzisz!
-sory, to w końcu powiesz mi? - wydawała się jednocześnie zła i zaciekawiona. Zrobiłam przepraszającą minę.
-przykro mi, to tajemnica.
- twoja i Jacka- zapytała złośliwie.
-nie, moja Jacka, Hiccupa i Meridy, możesz iść się pytać do nich lecz nie sądzę by cokolwiek ci powiedzieli. Jestem z Huffelpufu, i moim zadaniem jest dotrzymywać obietnic i bronić moich przyjaciół. Proszę odpuść, bo ja i tak ci tego nie powiem a ty tylko będziesz marnować czas mój i swój.
Zrobiła zawiedzioną minę, ale po jej oczach widać było, że ma zamiar ustąpić.
- Ok, przepraszam że tak na ciebie naskoczyłam.
-Oj, tam oj tam, sama chciała bym wiedzieć co robisz siedząc z Raitharem w klasie...
An, tak ją czasem nazywałam zaczerwieniła się jak burak.
-Ty nie mówisz co roisz z Hiccupem, Jackem i Meridą, ja nie mówię co robię z Raitharem.
-a szkoda...
Po piętnastu minutach nie wytrzymała i powiedziała iż "daje mu korepetycje". Miałam jednak w rażenie że dla niej to coś więcej niż tylko korki. W końcu z piaskiem na powiekach zapadłam się w poduszkę, ach była taka miękka... Czułam że odpływam.
                                                                     ********
Nagle zalazłam się na polanie. Było tam kilka nędznych kikutów drzew, nieba nie było, za miast niego nade mną wisiała czarna pustka. Trawa była zżółkła. Podeszłam do jakiegoś kopca, po czym pisnęłam. Te białe przedmioty leżące na kopcu to były... ludzkie kości. Chciałam uciec jak najdalej od tego miejsca ale moje nogi jak by wrosły w ziemię. Ze strachem zobaczyłam że zza stosu wychodzi chudy mężczyzna. Wyglądał jak facet z opisu Jacka- był ubrany na czarno, miał czarne włosy, zimne oczy i bladą cerę. Odezwał się przytłumionym głosem, jak by był w półśnie:
- Czas się bać.
Nagle dotknął moich pięknych, bląd włosów a one zrobiły się czarne jak węgiel. Po czym rozpłynął się w cieniu a ja zostałam sama.
                                                                ******
Poczułam na ramieniu rękę An, rozpaczliwie mną potrząsającą.
-Punzie, jesteś, obudź się, co się stało?- mówiła zachrypniętym głosem jak by szlochała.
- co się stało? - wyjąkałam. An uspokoiła się po czym odpowiedziała mi na pytanie:
-zaczęłaś krzyczeć przez sen, nie wiedziałyśmy co się stało, więc zaczęłyśmy cię budzić.
-miałam koszmar.
                                             
Rano poszłam do biblioteki. Gdy tylko otworzyłam drzwi zobaczyłam Jacka. Był przerażony.
-Proszę, powiedz że nie miałaś snów. - powiedział, niemal błagał.
-no, właściwie... to tak, miałam ale nie sen tylko koszmar.
Usiedliśmy do stołu razem z Hickiem i Meridą. Opowiedziałam im swój sen.
-Zaraz, a ty zkąd wiedziałeś o moim koszmarze? - zapytałam podejrzliwie Jacka.
-no bo, ja- tu się zawahał- bo ja też tam byłem, ale jako obserwator. Stałem za drzewem, nie widziałaś mnie?
-nie- przyznałam szczerze- a wy co o tym myślicie?
- no nie wiem...

Jack

Zaciekawił mnie ten sen Punzie. Widziałem i ją i Mroka, i tę scenę z kośćmi i włosami... Wzdrygnąłem się. Nie czas na takie czarne myśli... Razem z Hickiem szliśmy na stadion. Miał swój pierwszy trening. Spojrzałem na niego: był nie naturalnie blady. Pewnie jest zestresowany...
-Powodzenia.
Usiadłem na trybunach i cierpliwie czekałem aż Krukoni wyjdą z szatni. Nagle usłyszałęm głos kapitana Krukonów:
- Co ten Ślizgon tu robi, chyba nas nie szpieguje...
- Nie to mój przyjaciel- odezwał się Hick
-niech ci będzie...
Na treningu Hick dał doskonały pokaz jak nie latać na miotle. W pewnym momencie jego miotła zawisła w powietrzu, po czym zaczęła z zastraszającą prędkością obniżać swój puap: 50metrów, 40metrów, 30metrów... Dwaj ścigający natychmiast złapali go w powietrzu i odstawili na ziemię. Podbiegłem tam i pomogłem mu ustać na nogach.
- co się stało?- zapytał kapitan.
- n, nie wiem, nagle tak jak y straciłem nad sobą panowanie...
- Haddock, idź do skrzydła szpitalnego- powiedział z naciskiem, po czym wskazał na mnie niechętnie- pomożesz mu?
-jasne, Hick, choć idziemy.
Na moment przestałem go podtrzymywać, a on od razu zatoczył się i był by upadł, lecz od razu na pomoc żuciła się dróżyna. Podtrzymałem go i poprowadziłem do skrzydła szpitalnego. Gdy byliśmy już przy bramie zamku spojżałem na kumpla: ciężko dyszał, był blady jak ściana, a na skroniach miał kropelki potu.
-daleko jeszcze?- wychrypiał.
-nie, jeszcze tylko schody...
Na schodach stały dziewczyny: Merida jak by przysypiała a Punzie zawzięcie coś jej tłumaczyła. W pierwszym odruchu, gdy nas zobaczyły od razu podbiegły do nas. Gdy były około metr od nas Punzie spojżała na Hicka i bez słowa podeszła i wzięła go za rękę.
-hej co ty... -zaczęła Merida, po czym ucięła. Punzie oglądała jego lewą rękę po czym mruknęła z aprobatą. Jej twarz zastygła w ponurej sadysfakcji.
-mówiłeś że nie jest jadowity.- szepnęła.
- mały błąd, a zobacz ile kosztuje...- urwał. Oczy potoczyły mu się wgłąb czaszki i znieruchomiał.
-lepiej zanieśmy go do pielęgniarki.
Merida wzięła go za jego prawe ramię i powlekliśmy się do skrzydła szpitalnego.
-słucham, co się stało?- zapytała pielęgniarka. Była to starsza kobieta, miała miłą, lecz nie zapadającą w pamięć twarz, siwe loki i duże, szare oczy. Bez słowa wskazałem na Hicka. Jej oczy nienaturalnie rozszerzyły się. Z kamienną twarzą powiedziała:
-szybko, tu liczy się każda minuta.
Położyliśmy go na łóżku, a pielęgniarka mierzyła mu temperaturę. Nagle otworzył oczy i z trudnością skupił wzrok na mnie.
-dzięki- wychrypiał. Sprubował się uśmiechnąć lecz zamiast tego wyszedł mu bolesny grymas. Pielęgniarka zacmokała.
- Mój drogi, nabawiłeś się Żmijaczki... Spróbuj wstać.
Powoli podniósł się z łóżka. Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Uśmiechnął się i przemówił przytłumionym głosem, jak by był pijany:
-Czuję się świetnie.
Po czym nogi odmówiły mu posłuszeństwa i osunął się na ziemię z głuchym łoskotem. Najwyraźniej nie mógł wydobyć z siebie głosu więc zaczął gestykulować. Jakimś cudem zrozumiałem. Jak w transie podszedłem do oliwkowej komody i zajżałem do trzeciej szuflady. Były tam eliksiry, pigułki i inne dziwnie wyglądające rzeczy. Mnie jednak chodziło o coś innego.

Merida

Od momentu gdy spotkałyśmy chłopców wszystko było jak by nie realne. Umierający Hick? Nie, to nie mogła być prawda. A może... Jack podszedł do drewnianej komody i wyjął z niej nie dużą strzykawkę. Pielęgniarka szepnęła:
-a może ziemniak...
Hick zaczął gestykulować a Jack po chwili wachania wbił mu strzykawkę w udo. Chłopak jęknął lecz po chwili jego mięśnie się rozluźniły i zemdlał. Higienistka spojżała na niebieskookiego z podziwem:
- z kąd wiedziałeś, że lekarstwem na jad Żmijaczka jest sok z ziemniaka[1]?
- yyyy, no jakoś tak dziwnie zrozumiałem te gesty które pokazywał Hick.
Higienistka odetchnęła z ulgą.
-no dobrze, a teraz odejdźcie, on potrzebuje spokoju.

                                                                               ******
Ta-dam!!! Rozdział 5 gotowy. Mam nadzieję, że jest wystarczająco dobre. Wiem, ze się nie popisałam ale przeżywam teraz "trudniejszy okres". Proszę komentujcie, zależy mi na tym żeby zobaczyć ile osób czyta moje opowiadania. Komentarze można wstawiać jako anonim. I to chyba tyle, a tu troszkę zdjęć:

To zdjęcie mnie zszokowało 0.o




















wiem, że nie mam talentu ale ten sama narysowałam XD, mam nadzieję że jest w miarę znośny :)