piątek, 31 października 2014

Rozdział 9 Hallowen

                                                         ******
Uwaga, uwaga! Bardzo, bardzo dziękuję za te tysiąc wyświetleń :3 To z okazji tylu odwiedzin czas na dedyka. Cóż, myślałam, myślałam (a trzeba wiedzieć iż myślenie nie jest moją mocną stroną ^^) i wymyśliłam, że dedyka otrzyma Panna Jadzia za te wszystkie komy jakie zostawiła na blogu. Dziękuję za czas jaki poświęciłaś na przeczytanie tych moich "wypocin" :))
A'props rozdziału, chciała bym przeprosić za to, iż jest on mega nudny i krótki. Cóż, przez tydzień siadałam, zbierałam się i nic z tego nie wyszło. W prawdzie pierwowzór powstał na początku października ale jakoś nie bardzo podobała mi się jego treść.
                                                                          ******



Hiccup

Około dziewiętnastej rozstaliśmy się i każde z nas poszło w swoją stronę. Uczta miała rozpocząć się o dwudziestej więc mam jeszcze całą godzinę. Hurrra! Gdy doczłapałem się do pokoju pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było walnięcie się na łóżko i zaśnięcie.
                                                                        ****
Usłyszałem głos Nica:
-hallo, śpiąca królewno, wstajemy wstajemy... Kto rano wstaje ten co? WSTAWAJ!
Poderwałem się z łóżka z miną a'la " WTF, kto nas atakuje!?". Nico zaczął się śmiać, za pewne z mojej miny, po czym wyciągnął aparat i zrobił mi zdjęcie. Zacząłem wywrzaskiwać nie zbyt pochlebne rzeczy pod jego adresem, których nie należy powtarzać. Bez słowa pokazał mi zdjęcie:


Dołączyłem do jego fali chichotów. Na tym, no nazwijmy je umownie "zdjęciem", wyglądam jak bym przedawkował jakieś zioła. 
-ok, ok -wykrztusił Nico przez śmiech- dość tego dobrego idziemy.
Gdy mój przyjaciel nie parzył zgarnąłem Szczerbatka do rękawa szaty. 
                                                                            ****
Idąc korytarzem delektowałem się rozkosznymi zapachami dochodzącymi z kuchni. Pachniało trochę pasztecikami dyniowymi, trochę ciastem marchewkowym, trochę pieczeniom... można by było wyliczać bez końca!
- jak tam u twoich starych?- spytał Nico.
- u starego- poprawiłem go- nie źle. Szkoda tylko, że będę musiał wrócić tam w lato.
- dlaczego? Aż tak ci się tu podoba?- spytał ze śmiechem.
- nie, ale w domu delikatnie mówiąc nie mam najlepszych kontaktów z rówieśnikami.
Chłopak pokiwał głową w zamyśleniu. Szliśmy i szliśmy, i znowu szliśmy, i jeszcze trochę szliśmy.
-Cholera-mruknął Nico- pieprzyć te schody! Zgubiliśmy się już cztery razy!
- eh, przynajmniej nie wylądowaliśmy w kanciapie, tak jak ostatnio...
Czarnowłosy zachichotał. Tydzień temu mieliśmy "wypadek" i weszliśmy na złe schody które "przypadkiem" wysadziły nas przy kanciapie Filtcha. Nagle Nico zatrzymał się.
-hej stary, idziesz... Nie, no znów?
Stopa mojego kolegi utknęła w stopniu pułapce. Nico sypnął potokiem przekleństw, których nie wypada powtarzać.  Z cichym westchnieniem pomogłem mu wyjść.
-dzięki.
-drobiazg.
I znów, szliśmy i szliśmy, kurczę mam dość tego chodzenia! Nagle z za rogu wypadła Merida wraz z Astrid.



Merida

-hej- mruknęłam- co robicie na siódmym piętrze?
- zgubiliśmy się.- burknął Nico. Dziwny chłopak. Jakiś taki... no ogólnie jest dziwny. Gdzie ja widziałam takie oczy?...
- eh, chodźcie z nami, czwórka to już kompania. Byle byśmy nie spotkali Frosta.- powiedziała Astrid. Chwilę potem Astrid paplała z Hiccupem o tym całym Berk. Wzniosłam oczy ku niebu. Pierwszy raz to mówię ale Frost chyba miał rację mówiąc, że są parą. Trzeba by było ich trochę pośledzić...
-... no wiesz, na Berk w grudniu są nasze specjalne święta*... Jak myślisz, co w tym roku Thor przyniesie do hełmów... Tak, tak a jak tam Wichura?... A co z Szczerbatkiem?
Takie teksty obijały mi się o uszy pod czas naszej wędrówki. Kurde ile można?!
- i z tym optymistycznym akcentem dotarliśmy do wielkiej sali.

Rapunzel

Gdy wraz z Annabeth doszłyśmy do Wielkiej Sali jedyne co wydobyło się z moich ust to:
-wow.
To chyba trafnie opisuje wygląd komnaty. W sali panował półmrok. W kątach pobłyskiwały świeczki umieszczone w wydrążonych dyniach. Nad nami unosiły się setki świec, płonących niebieskawym blaskiem. Nad sufitem polatywały chmary żywych nietoperzy.
-wow- powtórzyłam.
Razem z Annabeth usiadłyśmy przy stole Puchonów i czekałyśmy na ucztę. Zerknęłam na talerze: wszystkie puchary i cała zastawa były ze złota. U'lala, szykuje się coś ważnego. I jeszcze ta impreza u Gryfonów...

Jack

Zasiadłem przy stole Slytherynu. Trzeba to przyznać, North zna się na czarach, że on potrafi tak zaczarować Wielką Salę... O wilku mowa. North wyszedł na podium po czym zaczął przemawiać:
- witajcie, witajcie drodzy uczniowie! Zanim rozpoczniemy naszą coroczną ucztę mam ten przykry obowiązek pomęczyć was ględzeniem dyrcia. I uważam, że swój obowiązek spełniłem.  Wsuwajcie.


Wszyscy zaczęli wiwatować, na co dyrektor wykonał cztery ukłony, po jednym w stronę każdego ze stołów. Wiwaty były jeszcze głośniejsze, gdy na stołach pojawiły się setki potraw. Uczta trwała bardzo długo, potem miejsce dań zajęły desery. Rzuciłem się na tarte kajmakową. Ach, ten smak przypomina mi dom. Po uczcie wraz ze Ślizgonami zeszliśmy do lochów. zwykle w Hallowen Gryfoni organizowali dziką imprezę na którą byli zaproszeni wszyscy oprócz Ślizgonów, więc w tym roku Flynn i reszta z trzeciego roku wpadli na pomysł, żeby zorganizować własną imprezę. Nie mogę się doczekać, podobno ma być Ognista Whysky...

                                                                        ******
Jeszcze raz przepraszam was za to, że rozdział jest tak krótki. Postaram się to wynagrodzić opasłym opisem tej "dzikiej imprezy"  w Gryffindorze i Slytherynie :)













* na Berk co roku, zamiast Bożego Narodzenia obchdzi się Migdaliska (patrz w następnych rozdziałach) ( patrz "a gift of the night fury")

niedziela, 26 października 2014

Obóz Półkrwi

To znowu ja! Zapraszam na kolejnego bloga w którym biorę udział. Akcja toczy się w Obozie Herosów. Typ bloga to opowiadania zbiorowe więc nie będzie można narzekać na nudę :). Mój heros to Adian (jak by co XD). Zainteresowanych przygodami półbogów zapraszam:









obozpolkrwi.blogspot.com



Cristal Creative

środa, 22 października 2014

Rozdział 8 Jack Frost zawsze ma plan Rudzielcu

Jack

Razem z Meridą popędziliśmy w tłum szukać Punzie.
- Jak my ją tu znajdziemy?! - wrzasnąłem.
- szukaj długich, złotych włosów, jak u elfów.
- ale elfy nie mają włosów, one mają futro...
-no, mugole wyobrażają je sobie jako dwu metrowych terminatorów naparzających do wszystkiego co się rusza z łuku. No wiesz... z długimi blond włosami, spiczastymi uszami... z resztą nie ważne, opowiem Ci o nich kiedy indziej, tylko musisz mi przypomnieć... Jest! PUNZIE!
Jak na komendę Puchonka odwróciła się.
-Idę!
Podbiegła do nas uradowana.
-Mer, gratuluje zwycięstwa! Sorry Jack, może na...
-później omówimy quidditcha, teraz idziemy do Skrzydła Szpitalnego- widząc pytające spojrzenie mruknęła- JUŻ.

*****

Merida wpadła jak rudowłsy huragan do skrzydła szpitalnego, po czym zaczęła drzeć się na całe gardło.
-Haddock! Cholera jasna, rusz się tu!
- ciszej, bo nas z tąd wywalą- syknąłem.
-mam to gdzieś, Haddock!
-Panno Dunbroh,-podskoczyłem ze strachu na dźwięk tego głosu- pani zachowanie jest kary godne! Gryffindor traci dziesięć punktów. Proszę ni krzyczeć w miejscach publicznych!
Merida jak porażona prądem odwróciła się do tyłu. 
-A co do pana Haddock'a którego tak usilnie nawołujesz, godzinę temu go wypisałam. Jest w Ravenclawie. 
 ******
Po wyjściu ze szpitala ruda zwróciła się do nas.
- idziemy do Ravenclawu.
-ale nie możemy...-zaczęła Punzie.
-mam to gdzieś. Miałam, no coś na kształt wizji, chociaż nie, to tak jak by jakiś głosik szeptał w mojej głowie.
Westchnąłem.
-niech ci będzie, ale jak się tam dostaniemy?-zapytała Punzie.

Merida

- to już zostawcie mnie- powiedział Frost zacierając ręce z przebiegłym uśmieszkiem.
- a jak tego dokonasz śnieżynko?
- och, obraża mnie twój brak wiary, ale pozwól, że powiem Ci coś co będziesz musiała zapamiętać do końca swych nudnych, szarych dni: Frost ZAWSZE ma plan Rudzielcu.
Eh, co za idiota! Szkoda słów.
- załużmy, ze masz plan i co dalej? -zaczęła ostrożnie Punzie. Po tonie jakim to powiedziała można łatwo wywnioskować, że jest nastawiona sceptycznie do całego pomysłu.
- no pomyślcie, wysilcie szare komórki!- mruknął zirytowany Frost- do pokoju Krukonów nie ma hasła. Trzeba po prostu wejść. Poza y, czy ktoś ma lepszy plan? Tak myślałem. Za mną.

                                                         *****
Pięć minut później staliśmy przed dębowymi drzwiami z mosiężną kołatką w kształcie orła.
- aaaaaa, czyli to tak działa. Przeklęty Flyn, oj już jemu się dostanie za wrabianie mnie!
- czekaj! - zaczęłam wściekła- czyli ty nie wiesz jak się tam dostać?
-no, nie to że nie wiem, bardziej nie umiem się tam dostać, pasuje ci taka wersja?
- jeszcze jedno słowo, a wylądujesz z upiorogackiem na twarzy...
Jack westchnął.
- wydaje mi się, że trzeba zastukać kołatka.
Jak powiedział tak zrobił. Wziął ja do ręki i zastukał trzy razy. Wtem rozległ się dźwięczny, damski głos.
- Jest tam wszystko i nie ma niczego, jeśli chcesz coś znaleźć nie szukaj tam tego.
- co, to ma być zagadka! -wrzasnął Frost- to nie zagadka, to jakaś woodo-przepowiednia! Wpuszczaj ty głupia kołatko!
-Jack, opanuj się, na pewno odpowiemy, a tym cza...
-a co wy tu robicie?! - za nami rozległ się melodyjny głos.
-dzień dobry pani profesor.- powiedziałam- my tylko, no bo my...
Kurczę i co dalej? " Pani profesor, jest dziś w prost idealny dzień na to by włamać się do dormitorium Krukonów, co też mamy zamiar zrobić. Polecam, jest przy tym tyyyyyyyle śmiechu". Zerknęłam w stronę zielonookiej poszukując wsparcia. Ta jednak wzruszyła ramionami na znak, że nie ma pojęcia jakim łagarstwem wytłumaczyć Ślizgona wydzierającego się na drzwi oraz dwie uczennice z różnych domów stojące przed dormitorium Ravenclawu. Z pomocą przyszedł mi Jack.
- my tylko rozmawiamy. Tak, normalnie rozmawiamy, taka tam przyjacielska pogawędka.
- tak, oczywiście.
- a jest punkt regulaminu zabraniający uczniom rozmawiać na korytarzach szkoły?
- nie- profesorka zmieszała się, lecz nagle  zmieszanie ustąpił miejsca uśmiechowi.- a jak wytłumaczy mi pan, panie Frost pańskie wrzaski i groźby pod adresem tych drzwi- tu skazała na dębowe wrota.
- zatopiony- mruknęłam do Punzie a ta pokiwała głową.
- Bo to działa odstresowywująco. Pani nigdy nie próbowała? Pewnie nie... Przecież jest pani taka nie wyżyta emocjonalnie. Naprawdę polecam. Podobno pomaga się nawet odchamić...
Nauczycielka zrobiła wielkie oczy.
- Odejmuję panu dwadzieścia punktów za chamstwo panie Farst!
- a ja pani odejmuję dziesięć punktów za notoryczne mylenie mojego nazwiska. Nazywam się Frost!
- macie wszyscy u mnie areszt! Zaczniecie w sobotę za tydzień, o ósmej rano. A i przekażcie Haddockowi że ma areszt razem z wami.
- ale on nic nie zrobił, ba nawet go tu nie ma! - krzyknęła Punzie.
-nie pyskuj Ellens.
Pedagog odeszła z triumfalną mina.
- brawo wredna żmijo! wygrałaś! Dałaś areszt czworgu pierwszoklasistów. -rzucił Jack sarkastycznie.
- acha, Punzie czyli tak kończą się "plany" Frosta? - spytałam posyłając niebieskookiemu drwiący uśmiech.
- najwyraźniej.
-yyy, ja tu jestem.
-wiem.-powiedziałam z uśmieszkiem.
-Punzie, od dzisiaj ty jesteś moją ulubioną przyjaciółką.
Blondynka zachichotała.

Rapunzel

Wtem usłyszałam chrząknięcie za sobą. W drzwiach stał Hick.
- co wy tu na Odyna robicie?
- próbujemy włamać się do twojego pokoju wspólnego, a co , nie wolno?- spytał obojętnie Jack.
- no, tak właściwie to nie.- powiedziałam. Jeju, oni zachowują się jak przedszkolaki, tylko czekać aż któryś oświadczy że chce smoczka!
-skoro jesteśmy wszyscy, możemy już iść.
-ale gdzie?
-do biblioteki!- Jack stanął na baczność. -już żołnierze, nie obijać się! Od dziś mówcie mi per Panie kapitanie. -mówiąc to zasalutował nam.
- mogę Ci mówić per Idiota. Pasuje? -spytała Merida. Jack w odpowiedzi zasalutował jej po czym wrzasnął.
- do biblioteki podwładni moi!
- on z każdym dniem robi się coraz gorszy. Tylko czekać aż ubierze się w suknię i każe mówić do siebie per Królowo. -mruknął Hick. Nie wytrzymałyśmy i zaczęłyśmy chichotać. Po chwili we trójkę zaczęliśmy rechotać ze śmiechu.
- bardzo zabawne kuternogo.- mruknął Jack z przekąsem.
- nawet nie wiesz jak bardzo!- wykrzyknęła Merida między atakami chichotów.
-ok, ok, opanujmy się wdech i wydech... No Merida przestań...- w tej chwili wybuchłam śmiechem. Z trudem powstrzymując łzy rozbawienia minami reszty przekroczyłam próg biblioteki. Ich miny były bezcenne.
- która godzina?
- trzynasta czterdzieści siedem.
-ach! Za sześć godzin Hallowen! -wykrzykną niebieskooki.
-ok, nie jesteśmy tu, żeby omawiać Hallowen. -powiedziała Mer gdy już zasiedliśmy przy czteroosobowym stoliku.

Hiccup

-więc po co? A i tak przy okazji jaki był wynik?- spytałem. Pielęgniarka nie pozwoliła mi oglądać meczu. Twierdziła, że "to zbyt duży stres".
-wygraliśmy, żebyś widział jak Castellan złapał znicza! A i a'props spotkania. Miałam przeczucie. Pod koniec meczu usłyszałam głos w głowie. On mówił, że coś strasznego stanie się w maju. Że musimy być gotowi.
- a czy to ma coś wspólnego z tym snem Jacka, tym w którym... no wiesz.- Punzie zwróciła się w moją stronę. Nie musiała koczyć. Milczenie jakie zapanowało było zbyt wymowne.
-czyli -zacząłem- ja zginę w maju.
-chyba tak, ale może to nie będzie to.- zaczęła Merida.
-nie, to musi być to, bo co innego- powiedziałem. Niech ciałem by mój głos był smutny ale i tak pobrzmiewało w nim gorzkie rozczarowanie.
- jeśli nie chcesz nie musisz się w to mieszać- powiedział Jack. Powiedział to ze smutkiem, w jego głosie pobrzmiewała troska, żal i... Chwila. Wróć. Troska? No w sumie... Ja też traktowałem go jak przyjaciela.
-nie -zacząłem ostrożnie dobierając słowa - może było by lepiej gdy bym się odsunął ale ja nie mogę. Nie mógł bym później spać spokojnie wiedząc ,że odwróciłem się od moich przyjaciół.
Punzie położyła mi rękę na ramieniu.
-jesteś tego pewny?
-tak.
Mimo, iż właśnie podjąłem najtrudniejszą decyzję mojego życia (która szybko je zakończy) nie czułem strachu, czy smutku. W ręcz przeciwnie. Czuję radość, że mogę być z przyjaciółmi.
-no, czyli cała ekipa w komplecie. -Jack wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.- Mroku drżyj w posadach ze strachu! -przemówił donośnym basem a my wszyscy zaśmialiśmy się. W tym momencie nad nami pojawiła się bibliotekarka i zaczęła wykrzykiwać żebyśmy się wynieśli z jej "oazy spokoju" po czym wypędziła nas na zewnątrz. Chichocząc snuliśmy się jeszcze chwilę po zamku w oczekiwaniu na ucztę.
                                                                  ******
No i jest rozdział. Mam nadzieję, że jest w miarę znośnie a akcja przebiega płynnie. To chyba tyle... No to czekam na komy :))
























tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo1_500.gif
tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo2_500.gif
tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo3_500.gif
tumblr_nc0wr2gzfc1si4nsjo4_500.gif

środa, 15 października 2014

Rozdział 7 Pierwszy mecz

Merida
Październikowe deszcze zaczęły powoli ustępować chłodom listopada. Jedynym plusem tych dni było to iż ze względu na fatalną pogodę przerwano lekcje astronomii. 31 (czyli jutro) października miał rozegrać się mecz, Gryfoni kontra Ślizgoni. Od kapitana drużyny dowiedziałam się, że będziemy grać w deszczu i błocie. Współczułam szukającym gdyż szacowana widoczność to dwa metry. W przed dzień meczu kapitan zawołał zebranie.
- Posłuchajcie -zaczął- dla nikogo nie jest tajemnicą że Ślizgoni będą oszukiwać. Szczególnie martwi mnie ten cały. Frasty? Fristy? No jak mu tam...
- Frost - podsunęłam.
-Tak!  Ten Frost wygląda mi na takiego typa który dba tylko o siebie... Tak wiem że jest z pierwszej klasy - dodał poirytowany kapitan widząc rozbawienie na twarzach drużyny- to że jest on nas młodszy sprawia też że jest zwinniejeszy i szybszy. Luke! - Skarcił szukającego, który miał atak niekontrolowanego chichotów, po czym kontynuwał- Castellan, nie śmiej się bo wszyscy dobrze wiemy, że to szukający jest głównym celem fauli! Radze wam unikać Frasta...
-Frosta. - przerwałam.
-tak właśnie powiedziałem, więc Frosta, Averrego, Raithara i Cowell.
-Cowell? - zdziwił się Scot- przecież to dziewczyna...
- może i dziewczyna, ale jest pałkażem, a co za tym idzie w jej posiadaniu jest duży kij który z nieukrywaną przyjemnością rozbiła by na twojej głowie, szczególnie za tego Upiorogacka którego posłałeś jej na eliksirach...
                                                                 *******
Nadszedł ten dzień. Nie padało, lecz nad nami wisiały ciemne chmury. Po przedmowie Finnigana (kapitana) przebraliśmy się w szkarłatno-złote szaty Gryfonów. Czułam tremę. Tyle trenowaliśmy, i co? Co jeśli przegramy... Nie! Skarciłam się w duchu, wygramy. MUSIMY wygrać. Chcę udowodnić Frostowi, że jako dziewczyna nie latam gorzej od niego! Chyba zaczynam dostawać paranoi. Za kapitanem wyszliśmy na boisko. Na samym środku stała profesor Hooch.Na jej szyi wisiał srebrny gwizdek a po jej minie było widać iż bardzo chce go użyć. Oprócz gwizdka dzierżyła Srebrnego Groma 1435 i drewnianą skrzynkę ze zniczem, tłuczkami i kaflem.
- kapitanowie, podać sobie dłonie!
Finnigan śmiało podszedł do kapitana Slytherinu, chyba nazywał się Ivonnie... Jak na potwierdzenie profesorka ponagliła go:
- Vincent! Oh, Ivonnie szybciej!
Chłopak wyglądał jak zapaśnik, był muskularny i tęgi. Miał brązową szczecinę na głowie i małe, mętne oczka. Wraz z Oliverem wymienili uścisk dłoni po czym usłyszałam gwizdek. Zaczął się mecz.

*narracja trzecioosobowa*

- Ruszyli!- po błoniach poniósł się donośny, męski głos- Gryfoni przy piłce! Dunbroh, Hofferson, Symour... uuuuu- po boisku potoczyło się zawodzenie Gryfonów- Frost blokuje Saymoura który ledwo trzyma się na miotle... Ślizgoni przy piłce, Avery, Dionne, Avery, Avery przy bramce i- z zielono srebrnego sektora wydobył się jęk- świetne zagranie pałkaża Gryfonów, Lawrence i Thorton posłali dubla w stronę Averego, dubel* pięknie trafia! Hofferson przy piłce, Davies blokuje i... - wszystkie sektory, oprócz Ślizgonów zawyły - FAUL! FAUL! Po tym okropnym oszustwie...
- Damon...- Profesor Scot upomniał komentatora.
- po tym jawnie oburzającym zajściu...
- Damon, jako komentator musisz być bezstronny!
- Ok! Po tym FAULU - położył nacisk na to słowo, dobitnie wymawiając każdą literę.- Finnigan zażądził przerwę. -po kilku minutach na boisko wychodzą Gryfoni- Hofferson schodzi z boiska, zamiast niej wchodzi Lewis McCurly. Pani Hooh wznawia grę i zarządza żut wolny dla Gryfonów. Dunbroh podaj do Saymoura, lecą do bramki i... GOL!
 Seventh podaje do Frosta... chyba się nieźle wkurzył bo leci jak wariat, sam przeleciał przez połowę boiska! Chłopak ma talent nie ma co! Wymija całą drużynę Gryfonów i GOL! Panie i Panowie, właśnie oglądamy przyszłego kapitana Ślizgonów! Zaraz?! Czy Castellan widzi znicza? - wszyscy na widowni zamarli widząc nurkującego Castellana.- Valdez rusza za nim... Idą łeb w łeb i...

- wstrzymał oddech- Castellan ma znicza!

Rozległy się wiwaty tak głośne, iż osoba stojąca na błoniach mogła by pomyśleć że na stadionie wybuchła bomba, taki był aplauz Gryfonów, do którego dołączyli się Krukoni, Puchoni i jeden biało włosy Ślizgon...
Merida natychmiast odnalazła Jacka.
-Zgarniamy Punzie i idziemy do Hicka. - widząc pytające spojrzenie blądyna szepnęła- miałam przeczucie.
                                                                       

                                                                      *****
Dziękuję za ponad pół tysiąca wyświetleń :* Ale ciężko było opisać ten mecz! Wiem, że dla miłośników Slytherinu wynik meczu jest niezadawalający, ale to się zmieni. Opisałam tylko perspektywę Meridy ponieważ miała ona chyba najmniej rozdziałów. A, i tak wogóle od teraz zamiast Hiccup, będę Cristal Creative. Wciąż jestem tą samą blogerką, tylko login mam inny :) I to chyba tyle... A no i prooooooooszę, komentujcie. Komy można dodawać nawet jako anonim. Papa i zapraszam na mojego nowego bloga.



* " Obaj pałkarze uderzają w tłuczek jednocześnie, co znacznie wzmacnia siłę odbicia i zwiększa zagrożenie atakowanego żelazną piłką przeciwnika " Quidditch przez wieki str. 60