niedziela, 17 lipca 2016
ReWoRk
Jak w tytule, mam zamiar zrobić ReWoRk CAŁEGO shitu tego bloga. Amen. A tu Dania i Norwegia (kc ich mocno).

wtorek, 24 maja 2016
To nic osobistego
Paring: MidoTaka
Anime: Kuroko no Basket
Gatunek: Drabble
R: -brak-
Midorima wciągnął ze świstem powietrze.
- Co robisz nanodayo?! - niemal wykrzyczał, ze strachem patrząc na wciąż uśmiechniętego Takao. Chłopak nie odpowiedział. Zamiast tego przysunął się o krok w stronę już nie na żarty przestrasznego Shintarou. Kazunari roześmiał się robiąc krok w jego stronę. Wycelował pistolet tak, by bezpośrednio namierzał miejsce w którym powinno znajdować się bijące jeszcze serce chłopaka. Zielonowłosy podniósł ręce w obronnym geście- odłóż to idioto!
- Ale Shin-chan! Obaj przecież wiemy, żee to koniec.
Midorima cofał się, dopóki jego plecy nie natrafiły na chodną, kamienną ścianę zaułka, co Takao przyjął z uśmiechem. W normalnych okolicznościach strzelec zapewne zbeształby go za koszulkę z nadrukiem marchwi w okularach, jednak teraz drżał o własne życie.
- Nie rozumiem... Dlaczego? - wychrypiał, na co Kazunari zacmokał z niesmakiem.
- Każdemu czasem potrzebna jest odrobina zabawy. Potraktujmy to jako... nowe wyzwanie.
- Jesteś szalony - wyjąkał Midorima na co Takao zaniósł się głośniejszym śmichem. Gdy w końcu uspokoił się otarł pojedynczą łzę rozbawienia z kącika oka.
- Masz całkowitą rację, z resztą jak zawsze - odpowiedział na chwilę opuszczając broń a Midorima ocenił swoje szanse. Może jeśli w odpowiedniej chwili uderzy Takao w brzuch i ruszy sprintem do szkoły ktoś go zauważy...? Jednak czarnowłosy natychmiast spoważniał po czym znów na namierzył klatkę piersiową Shintarou, na co ten przełknął ślinę głośniej niż zamierzał. Może jednak się rozmyślił... - Wybacz Shin-chan. To nic osobistego - powiedział a kobaltowe tęczówki rozbłysły blaskiem ekscytacji. Takao pociągnął za spust a w Midorime ugodził wodny pocisk. Chłopak zdegustowany spojrzał na przemoczoną koszulę od mundurka szkolnego a jego twarz momentalnie poczerwieniała ze złości.
- Nanodayo! Przez ciebie i twoje idiotyczne zabawy mam mokry mundurek!
Takao zaśmiał się wymachując niebiesko pomarańczowym pistoletem na wodę.
- Nie martw się Shin-chan! Mieszkam nie daleko więc będziesz mógł przebrać się w coś u mnie.
Midorima bez słowa ruszył za niższym kolegą z drużyny. Głupie pomysły Kazunariego zwykle do tego prowadziły; koniec końców obaj znajdowali się w jego domu, w którym przypadkiem zawsze było pusto...
Anime: Kuroko no Basket
Gatunek: Drabble
R: -brak-
Midorima wciągnął ze świstem powietrze.
- Co robisz nanodayo?! - niemal wykrzyczał, ze strachem patrząc na wciąż uśmiechniętego Takao. Chłopak nie odpowiedział. Zamiast tego przysunął się o krok w stronę już nie na żarty przestrasznego Shintarou. Kazunari roześmiał się robiąc krok w jego stronę. Wycelował pistolet tak, by bezpośrednio namierzał miejsce w którym powinno znajdować się bijące jeszcze serce chłopaka. Zielonowłosy podniósł ręce w obronnym geście- odłóż to idioto!
- Ale Shin-chan! Obaj przecież wiemy, żee to koniec.
Midorima cofał się, dopóki jego plecy nie natrafiły na chodną, kamienną ścianę zaułka, co Takao przyjął z uśmiechem. W normalnych okolicznościach strzelec zapewne zbeształby go za koszulkę z nadrukiem marchwi w okularach, jednak teraz drżał o własne życie.
- Nie rozumiem... Dlaczego? - wychrypiał, na co Kazunari zacmokał z niesmakiem.
- Każdemu czasem potrzebna jest odrobina zabawy. Potraktujmy to jako... nowe wyzwanie.
- Jesteś szalony - wyjąkał Midorima na co Takao zaniósł się głośniejszym śmichem. Gdy w końcu uspokoił się otarł pojedynczą łzę rozbawienia z kącika oka.
- Masz całkowitą rację, z resztą jak zawsze - odpowiedział na chwilę opuszczając broń a Midorima ocenił swoje szanse. Może jeśli w odpowiedniej chwili uderzy Takao w brzuch i ruszy sprintem do szkoły ktoś go zauważy...? Jednak czarnowłosy natychmiast spoważniał po czym znów na namierzył klatkę piersiową Shintarou, na co ten przełknął ślinę głośniej niż zamierzał. Może jednak się rozmyślił... - Wybacz Shin-chan. To nic osobistego - powiedział a kobaltowe tęczówki rozbłysły blaskiem ekscytacji. Takao pociągnął za spust a w Midorime ugodził wodny pocisk. Chłopak zdegustowany spojrzał na przemoczoną koszulę od mundurka szkolnego a jego twarz momentalnie poczerwieniała ze złości.
- Nanodayo! Przez ciebie i twoje idiotyczne zabawy mam mokry mundurek!
Takao zaśmiał się wymachując niebiesko pomarańczowym pistoletem na wodę.
- Nie martw się Shin-chan! Mieszkam nie daleko więc będziesz mógł przebrać się w coś u mnie.
Midorima bez słowa ruszył za niższym kolegą z drużyny. Głupie pomysły Kazunariego zwykle do tego prowadziły; koniec końców obaj znajdowali się w jego domu, w którym przypadkiem zawsze było pusto...
środa, 4 maja 2016
Urodziny Izayasza
Wszystkiego Najlepszego Izaya!
Dużo szczęścia, zdrowia i obyś nie oberwał więcej żadnym automatem c:
* * * * *
Urodziny. Kolejne święto. Jeszcze jedna data do zapamiętania i następny, problematyczny rząd cyfr złożony z czterech liczb roku, dwóch miesiąca i dwóch oznaczających dzień.
- Marnotrawstwo papieru - mruknął w przestrzeń rozrywając papier z zielonego pakunku.
Izaya!
Masz dziś urodziny, więc życzę Ci w
wszystkiego najlepszego. Oby udało Ci się dożyć następnych!
~Shinra
PS Mam nadzieję, że tych noży użyjesz TYLKO do SAMOOBRONY.
Czarnowłosy szczerze się roześmiał trzymając w rękach spore pudełko z różnej wielkości nożami. Shinra trafił z nimi w dziesiątkę, zdaje się zostały mu już tylko dwa ostrza po tym, jak ostatnie brawurowo wbił w udo Shizuo.
Otworzył drugie z czterech pudełek leżących na podłodze w salonie jego apartamentu. Tym razem papier był żółty, zupełnie jak włosy Heiwajimy... Chociaż po głębszym zastanowieniu się Izaya uznał, że włosy byłego barmana są jaśniejsze. I na pewno szorstkie w dotyku. Sierść potwora. Zaśmiał się na własne wyobrażenie Shizuo porośniętego żółtą, szorstką sierścią. Może ludzie mieli rację, może jednak miał coś z głową ... ? Z resztą kto by się tym przejmował? Rozwinął kartkę dołączoną do opakowania, na której koślawymi znakami pisało
Izaya,
Wszystkiego najlepszego!
Jedz więcej sushi, bo sushi jest dobre. I nie walcz z Shizuo.
Przemoc jest zła, pamiętać o tym.
~Simon
W prezencie dostał duży zestaw ootoro. Zachłannie oblizał wargi, odkładając pudełko na bok. W końcu nie chciał mieć brudnych rąk...
Następna była paczka owinięta kolorowym papierem w motywy drobnych chibi. Mimowolnie się uśmiechnął... Pamiętał jak kiedyś na jednej z lekcji historii narysował chibi Shizuo... Ganiali się po tym przez całą długą przerwę bo Heiwajima zobaczył to bezkształtne monstrum jakim był rysunek Izayi. W pudełku znajdowała się książka o psychologii i krótka notatka z życzeniami
Izaya, wszystkiego najlepszego!
Więcej twoich ukochanych ludzi i spotkań z Shizuo do uprawiania miłości Spokoju.
~ Kadota, Erica, Walker i Togusa.
Zaśmiał się odkładając książkę obok zestawu noży i ootoro po czym sięgnął po ostatni prezent w niebiesko pomarańczowym papierze.
Drogi Iza-nii!
Masz urodziny więc przysyłamy Ci prezent i życzenia.
Oby wszystkie twoje marzenia się spełniły i obyś nie wylądował więcej na OIOM’ie z powodu Shizuo-sana.
~Mairu i Kururi
Dziewczyny przysłały mu tort czekoladowy z napisem „ Wszystkiego najlepszego Iza-nii!”. Przypomniał sobie jak w drugiej klasie liceum Shizuo rozwalił mu tort i życzył śmierci z rąk własnych... Roześmiał się jeszcze głośniej i olewając różnokolorowe papiery, miszmaszem rozsypane na jego podłodze oburącz wziął ciasto. Ładnie pachniało.
Skierował się na dach apartamentowca. Przełożył obie nogi za barierkę tak, by swobodnie zwisały a ciasto położył sobie na kolanach. Izaya zapatrzył się na światła miasta. Były piękne, tylu ludzi goniących za własnymi sprawami. I on. Ich Bóg. Nie odwrócił się słysząc odgłos otwieranych drzwi.
- Znów tu siedzisz. Przeziębisz się – skarcił go lekko zachrypnięty głos a na jego ramiona opadła ukochana kurtka z futerkiem. Nawet nie zorientował się, że jej ze sobą nie wziął. Z wdzięcznością spojrzał na blondyna, który kończył dopalać kolejnego papierosa.
- Wolę być przeziębiony niż mieć raka płuc – odburknął. Nie miał dziś ani ochoty ani siły na droczenie się ze swoim ukochanym potworem. Shizuo to zauważył bo prychnął zniecierpliwiony.
- Chodź do środka – Izaya nie zareagował, na co tylko Shizuo westchną i otoczył go łagodnie ramieniem – naprawdę się o ciebie martwię. W środku powiesz mi o co chodzi.
- Zatańczmy – wypalił Izaya zanim zdążył ugryźć się w język.
- Co?
- Mam dziś urodziny. Chciałbym jeden taniec.
Shizuo westchnął tylko, przyzwyczajony do nagłych zachcianek Izayi.
- Do czego konkretniej chciałbyś zatańczyć?
- Bez muzyki. Tak po prostu – mówiąc to położył dłoń Shizuo na swojej talii, samemu chwytając jego drugą rękę- Raz, dwa, trzy, Raz, dwa, trzy – mruczał pod nosem gdy obaj obracali się oświetlani blaskiem nocnego Tokyo. Orihara czuł jak większa dłoń Heiwajimy ociepla jego własną, mniejszą odpowiedniczkę.
- Nienawidzę Cię – wyszeptał Shizuo jednocześnie przyciągając go bliżej siebie – wszystkiego najgorszego Pchło.
- Izaya tylko odpowiedział swoim asymetrycznym uśmiechem.
-Ja Ciebie też potworku.
sobota, 30 kwietnia 2016
Bohater
Paring: RusAme (Rosja x Ameryka)
Anime: Hetalia
R: -brak-
Uwagi: Alfred jest bohaterem i ponosi tego cenę. Zawsze wierny swoim przekonaniom.
Od autora: Rozdział dla kochanego Ha-china. Dziękuje za LBa, niedługo wypełnię. Przepraszam za brak odzewu ale projekt gimnazjalny, konkursy i prace domowe zwaliły się na biednego Sahadowa. Peszeg xD
Bycie bohaterem było koszmarnie trudne i nie chodzi tu o potykanie się o swoją pelerynę czy noszenie głupawych kalesonów. Tu chodziło o trzymanie się swoich przekonań.
Alfred szedł przez park, gdy na niebie zaczęły zbierać się ciemne chmury. Chłopak otulił się szczelniej swoją kurtką, w duchu ciesząc się, iż takową posiada. Skręcił w stronę parku, by nie przedłużać sobie drogi do domu gdy na ławce zauważył nieruchomą postać. Z początku nie wiedział co zrobić. Może na kogoś czeka? Powoli podszedł do tajemniczej osoby, która po bliższym przyjrzeniu okazała się być dziewczyną. Miała długie, blond włosy, mocny makijaż i raczej skąpe ubranie. Nie ruszała się.
- Hej - Alfred podszedł do niej, delikatnie dotykając ją w ramię. Dziewczyna otworzyła brązowe oczy po czym spojrzała na niego spod wytuszowanych rzęs - Czemu tu siedzisz?
- Nie twoja pierdolona sprawa - mruknęła i w tym samym momencie zadrżała z zimna.
- Możliwe - odpowiedział zgodnie z prawdą - nie jest ci zimno? Zaraz będzie padać...
-Troszkę, ale wiesz co? Nic na to nie poradzisz. Nic nie poradzisz- powtórzyła z wrednym uśmiechem tak, jakby za wszelką cenę chciała udowodnić Alfredowi, że się myli. Że nie ma racji. Chłopak tylko wzruszył ramionami po czym zdjął z siebie swoją ukochaną kurtkę lotniczą i zarzucił na szczupłe ramiona dziewczyny. Ta spojrzała na niego zdziwiona.- Czemu mi ją dajesz? - spytała.
- Przecież mówiłaś że ci zimno. Bohater zawsze pomaga damom w opałach! - zaśmiał się a dziewczyna razem z nim.
- Dzięki. Tak przy okazji, jak masz na imię? - spytała.
- Alfred.
- JA jestem Ame-
- lia - dokończył - jesteś dość... popularna - dodał widząc jej zaskoczone spojrzenie - zatem Amelio, wracaj do domu, bo zaraz zacznie padać. Potrzebujesz by ktoś cię odprowadził? - spytał na co ta zaczerwieniła się.
- Nie, dziękuję.
Chłopak odszedł w swoją stronę. Gdy tylko przeszedł przez przejście dla pieszych łączące park z chodnikiem po drugiej stronie ulicy nastąpiło urwanie chmury. Alfred cały przemoczony i zziębnięty od lodowatego deszczu, po niespełna pół godzinie wszedł do swojej małej kawalerki. Cały drżał, gdy mocząc podłogę zaczął ściągać przemoczone ubrania. Chwilę po tym wszedł pod prysznic, niemal od razu odkręcając ciepłą wodę.
Następnego dnia obudził się głodny i z gorączką. Najwyraźniej chłodna, listopadowa pogoda połączona z deszczami nie służyła jego układowi odpornościowemu. Uśmiechnął się na tę myśl po czym niemal od razu zakaszlał. Nienawidził być chorym.
Otworzył lodówkę, która okazała się ziać pustkami. Przeklął swoją dobroć, kiedy to ostatnie oszczędności na zakupy wrzucił do kapelusza grajka siedzącego na skrzyżowaniu ulic łączących jego szkołę i centrum. Przecież bohater zawsze pomaga innym.
Jego choroba łącznie trwała trzy dni. W tym czasie został zasypany masą połączeń od Ivana, Kiku i Arthura, którzy martwili się o jego stan zdrowia. Matthew, jego brat bliźniak proponował nawet, że przyjedzie i dotrzyma mu towarzystwa, lecz Alfred nie chciał zawracać mu głowy swoją osobą. Bohater odciąża innych z obowiązków.
Dochodziła właśnie dwudziesta, a Jones dopiero wychodził z uczelni. Dziś wyjątkowo długo zeszło mu na robieniu projektu z Ivanem, na którego obiecał poczekać przed wejściem do szkoły.
Stał więc pod latarnią i chuchał na zziębnięte palce u rąk gdy usłyszał odgłosy szamotaniny i śmiechy. Jako bohater wiedział co robić. Ruszył biegiem w tamto miejsce po czym stanął jak wryty.
Przed nim stało trzech wysokich chłopaków ze starszego rocznika kopiących młodszego ucznia z klasy równoległej do klasy Alfreda. Chyba nazywał się Alan, ale Jones nie miał co do tego pewności. Za nimi stały cztery dziewczyny, wtórujące całej scenie chichotami. Rozpoznał w śród nich Amelie.
Chłopcy zaprzestali znęcania się nad Alanem i równocześnie skierowali wzrok w stronę kipiącego wściekłością Alfreda.
- A ty tu czego?- zapytał jeden z nich. Blondyn milczał.
- Mowę ci odjęło czy co? Zmiataj stąd zanim tobie też się dostanie! - warknął jeden z nich a Jones zacisnął pięści.
- Zostawcie go.
Odpowiedziały mu gwizdy i głośniejsze śmiechy od żeńskiej strony publiczności.
- No to dawaj bohaterze - wyszczerzył się największy z nich.
Alfred pochylił się w pozycji obronnej. Pierwszy cios nadleciał z góry. Niebieskooki zrobił unik, nie dostrzegając pięści lecącej na niego z lewej. Zgiął się w pół na co tamci tylko czekali. Rzucili się na niego, wciągając chłopaka w jeden z ciemniejszych zaułków.
Jones podkurczył nogę i kopnął jednego z osiłków w głowę. Oberwał za to w twarz. Pomiędzy uderzeniami spojrzał w stronę Amelii. Dziewczyna stała i jak gdyby nigdy nic i śmiała się z przyjaciółkami oglądając tę masakrę. Usta blondyna ułożyły się w bezgłośne "pomóż" na co dziewczyna zachichotała jeszcze głośniej.
I wtedy film mu się urwał, gdyż z góry nadleciał cios trafiając go bezpośrednio w głowę. Stracił przytomność.
Obudził się dalej leżąc cały obolały w ciemnym zaułku. Spróbował się podnieść co uniemożliwił mu piekący ból, falami rozchodzący się po całym jego ciele. Syknął, po prostu leżąc w opuszczonym zaułku.
Zadrżał z zimna gdy pierwsza kropla deszczu, lecąca z nocnego nieba skapnęła mu na nos. A z nią następne. Było mu tak cholernie zimno, miał ochotę zwymiotować. Albo zemdleć. Nikt go tu nie znajdzie... Nie ma takiej szansy, było zbyt późno i za ciemno. Zero szans na ratunek.
Czy gdyby nie próbował ocalić tego chłopaka znalazł by się tutaj? Czy gdyby nie oddał Amelii swojej kurtki byłoby mu cieplej? Czy gdyby nie oddał swoich ostatnich pieniędzy tamtemu grajkowi byłby lepiej odżywiony, co może pozwoliłoby mu wygrać tą walkę? Tak kończą bohaterowie- pomyślał gorzko.
Nagle zimne krople przestały spadać na jego pokaleczone już ciało. Poczuł, że ogarnia go kojące ciepło po czym usłyszał znajomy głos o lekko rosyjskim akcencie.
- Czemu na mnie nie poczekałeś? -Alfred nie miał siły odpowiedzieć więc po prostu uśmiechną się z wysiłkiem, gdy Ivan delikatnie pogładził jego policzek- Teraz zaboli, mam zamiar Cię podnieść - uprzedził Braginski i tak jak powiedział, wziął Alfreda na ręce. Ciepły płaszcz Ivana dawał przyjemne poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak sama obecność kogoś bliskiego. W końcu doszli do domu Jones'a. Ivan wyciągnął z kieszeni brudnych spodni chłopaka klucze po czym weszli do mieszkania. Rosjanin zamknął za sobą drzwi i ułożył Alfreda na kanapie- masz w domu apteczkę?
- Górna półka nad kuchnią - wychrypiał z trudem.
Fioletowooki wrócił do pokoju z apteczką i zaczął powoli smarować maścią wszystkie siniaki i zadrapania na brzuchu i ramionach Alfreda.
Nawet nie pytał o powód. Obaj doskonale go znali. Gdy wreszcie skończył usiadł na miejscu obok.
- Wiesz, że nawet bohater czasem potrzebuje swojego obrońcy?- Pokiwał głową.- Więc pozwól, że zostanę nim ja.
Alfred uśmiechnął się z wysiłkiem a Ivan delikatnie wziął go w ramiona tak, by nie uszkodzić żadnego z brzydko wyglądających siniaków. Może bycie bohaterem wcale nie było takie złe.
środa, 9 marca 2016
To jest Bloody hell
Paring: USUK
Anime: Hetalia
R: -brak-
- IGIIIRISUUU! - ze smętnych rozważań na temat toku myślenia (albo jego braku) pewnego amerykana wyrwał go irytująco wesoły głos. Anglia z ociąganiem odwrócił się w stronę głosu.
- Tak Ameryko? - spytał, siląc się na spokojny ton. Spojrzał na chłopaka wyczekująco.
- Iggy! Chodź do kuchni! Now!
Arthur westchnął, po czym powoli odłożył filiżankę z nie dopitą jeszcze herbatą na stół. Z cichym jękiem potarł skronie, jak by to miało uchronić go przed bólem głowy.
- Nie musisz krzyczeć - zaczął niespiesznie - Po za tym wyrażaj się jaśniej...
- Ale Arthur...- zaczął Jones.
- No dobra... Już idę- Kirkland podniósł się z wygodnego fotela. Z ociąganiem podreptał za młodszym krajem, który podśpiewywał nieznaną Anglii piosenkę. Pewnie któraś z czołówek tych jego gier...- pomyślał.
Wszedł do kuchni i zamarł. Wśród wszechobecnego syfu, na samym środku pokoju stał czysty, zastawiony stół. Zastawiony to złe określenie. NA samym jego środku stało ukochane ciasto Arthura, Trifle. Na przeciw dwóch dostawionych do stolika krzeseł stały kubki z herbatą i herbatnikami na spodeczkach. Arthur gwizdnął z podziwem.
- Przyniosłeś nawet biscuits...- mruknął, wpatrując się w Alfreda.
- Taaak, wiem, że lubisz cookies...
- Biscuits - poprawił go automatycznie. Ah, ten dziwny język jakim był Amerykański Angielski... Arthur nie potrafił go zrozumieć.
- To podoba ci się? - Ameryka spytał po chwili milczenia, nerwowo miętoląc skrawek swojej lotniczej kurtki. Anglia milczał, a Alfred zaczynał się coraz bardziej denerwować. Przecież tak bardzo się starał...
- Nie będziemy jeść w tym syfie - mruknął w końcu Arthur, starając się nie rumienić - Weź herbatę a ja przyniosę ciasto...
Na twarzy niebieskookiego zakwitł szeroki uśmiech, gdy z wrzaskiem szczęścia przytulił do siebie niższy kraj. Anglia po kilku nie udanych próbach odkleił od siebie rozradowanego Amerykę i ostrożnie ujął szklane naczynie, w jakim znajdowało się ciasto. Już miał położyć je na stole gdy nagle zahaczył stopą o dywan. Z krzykiem zaskoczenia upuścił ciasto, zaciskając powieki w przygotowaniu na spotkanie z ziemią. Nic takiego się nie stało. Po kilku sekundach otworzył oczy i spojrzał na swojego wybawcę. Alfred wpatrywał się w niego tymi swoimi niebieskimi oczami z szerokim uśmiechem na ustach .
- Nic ci się nie stało? -spytał zatroskany.
- Nie... Ale ciasto... - Arthur spojrzał na mieszaninę kremu, owoców i szkła aktualnie znajdującą się na podłodze jego domu- przecież tak się nad nim napracowałeś - dodał.
- Holy Shit, Arthur! - krzyknął zdenerwowany Ameryka - najważniejsze że tobie nic nie jest!
Anglia uśmiechnął się, wyjątkowo postanawiając zostać w objęciach Alfreda jeszcze chwilę. Stali tam, tak przytuleni do siebie a ogień tańczący w kominku rzucał kolorowe cienie na ściany i ich samych. Kirkland westchnął wdychając przyjemny zapach włosów Alfreda, na co ten przytulił go mocniej. Zapanowała cisza przerywana tylko ich miarowymi oddechami gdy nagle odezwał się Arhur.
- To jest Bloody Hell a nie Holly Shit.
niedziela, 28 lutego 2016
Menda + informejszyn
Paring: Shizuo x Izaya (troszku)
Anime: Durarara
Otworzył drzwi, zmęczony całym dniem łażenia za dłużnikami i Tomem, więc jakie było jego zdziwienie gdy w szczelinie ujrzał Izaye.
- Czego chcesz mendo? - spojrzał z pode łba na bruneta.
- Shizu-chan... Nie, Shizuo. Ja chciałem cię przeprosić- burknął informator, wpatrując się w swoje buty.
- Wypierdalaj pchło- warknął, starając się zatrzasnąć drzwi.
- Nie! Naprawdę!
- Przeprosić? Nie chcę od ciebie niczego, a w szczególności przeprosin!
- Ale Shizuś... czy to nie Kasuka?- gdy tylko blondyn odwrócił się, chłopak perfidnie wykorzystał moment jego rozkojarzenia przechodząc mu pod ramieniem, w prost do jego nie skażonego pchłą mieszkania.
- Wypad stąd - warknął Shizuo a słynna żyłka na skroni niebezpiecznie zapulsowała.
- No ale ja przyszedłem tu bo- zaczął, jednak Heiwajima natychmiast mu przerwał.
- Nie obchodzi mnie po co tu przyszedłeś. Obchodzi mnie, że zaraz stąd wyjdziesz - demonstracyjnie otworzył przed brunetem drzwi, czekając aż ten łaskawie raczy podnieść swój (nie) szanowny tyłek i sobie pójść. Najlepiej pod koła jakieś ciężarówki. Tak, marzyć zawsze można, pomyślał gorzko. To byłoby za proste. Izaya westchnął, moszcząc się wygodniej na kanapie a Shizuo zadrgała brew. - Ty. Wypad. Teraz. - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Huh? Podziękuje. Dziś rano robiłem sobie rozgrzeweczkę. Wypady nie są mi potrzebne.
-Tyy...
- Jaaa? -ponaglił go- a z resztą nie ważne. Chciałem cię przeprosić za e wszystkie świństwa które ci robiłem- spuścił wzrok- czy mi wybaczysz?
- Hę? - mruknął mało inteligentnie po czym wybuchł głośnym śmiechem. Gdy wreszcie się opanował spojrzał na zdumionego bruneta- Że niby JA miałbym uwierzyć TOBIE? -spytał po czym znów zaniósł się śmiechem.
- Nie wierzysz mi? Dobrze. - Izaya wiedział, ze nie będzie łatwo. Nie dbał o to. Klęknął na podłodze składając ręce przed Shizuo- Proszę, wybacz mi!- wykrzyczał czerwieniąc się. Shizuo przestał się śmiać. To naprawdę musiało go wiele kosztować... Ale z drugiej strony to... to dalej byłą menda która niszczyła przez kilka ostatnich lat jego życie! Pamiętał co mówi mu rodzice gdy opowiadał im o bójkach z Izayą. Że musi być lepszy. Że nie powinien zniżać się do jego poziomu.
- No dobra...- mruknął niechętnie- Ale jeden wyskok i zmiażdżę Ci czaszkę- zagroził. Uradowany informator podskoczył, przytulając się do brzucha blondyna.
- Nie? Nie? Bez przytulania? - spytał. W odpowiedzi otrzymał spojrzenie, od którego połowa populacji Ikebukuro właśnie zmieniałaby bieliznę.
-Usiądź a ja przyniosę coś do picia -powiedział. W sumie... może Izaya naprawdę chciał się zaprzyjaźnić? Czy mogliby zostać przyjaciółmi? A możne kimś więcej? Takie i inne myśli męczyły barmana nalewającego do dzbanka sok. - Pchło, jesteś tam jeszcze?
Cisza. Zdziwiony wychylił głowę tak, by widzieć salon. Pusty salon. Salon z otwartym oknem. Shizuo zacisnął pieści a ucho dzbanka skruszyło się, przez co bogu ducha winne naczynie zaliczyło spotkanie trzeciego stopnia z podłogą a Shizuo został obsypany odłamkami szkła. A jedna z jego ukochanych koszul została wzbogacona a ciemno czerwoną plamę z soku winogronowego. Nagle usłyszał ciche piknięcie a jego radio zostało zniszczone przez miniaturową eksplozję.
Izaya siedział na dachu, machając nogami gdy po ulicach Ikebukuro poniósł się odgłos eksplozji i wściekły wrzask:
- IZAAAAAAAAAAYAAAA!
Zaśmiał się w duchu z głupoty bestyjki. Miałby przepraszać? Miałby rezygnować ze wspaniałych pościgów? Nigdy.
Blondyn, cały osmalony sadzą palił już dziesiątego papierosa, a w ścianie między jego sypialnią i salonem widniała wielka, dymiąca dziura. Pierdolona menda..Spróbował, jak Shinra, poszukać pozytywów. Nie będzie musiał już chodzić do drzwi... W tej chwili wyobraził sobie Izaye wepchniętego w tą dziurę. Humor od razu mu się poprawił.
...
Ale tak na serio a ten Oneshot ma być tego dowodem.
Niestety, zdrówko siada, oceny spadają i człowiek musi to popoprawiać .-.
Mam nadzieję, że przypadnie wam (Tym którzy jeszcze to czytają) do gustu c:
Jest tam świeżo założony Wattpad
Możliwe że wkrótce pojawią się Ask i Tumbrl ;>
DZIĘKUJĘ ZA PRZECZYTANIE
MAM NADZIEJĘ, ŻE TYM RAZEM UDA MI SIĘ DOTRZYMAĆ SŁOWA I BYĆ BARDZIEJ AKTYWNYM, TAKŻE NA BLOGACH INNYCH C:
Anime: Durarara
Otworzył drzwi, zmęczony całym dniem łażenia za dłużnikami i Tomem, więc jakie było jego zdziwienie gdy w szczelinie ujrzał Izaye.
- Czego chcesz mendo? - spojrzał z pode łba na bruneta.
- Shizu-chan... Nie, Shizuo. Ja chciałem cię przeprosić- burknął informator, wpatrując się w swoje buty.
- Wypierdalaj pchło- warknął, starając się zatrzasnąć drzwi.
- Nie! Naprawdę!
- Przeprosić? Nie chcę od ciebie niczego, a w szczególności przeprosin!
- Ale Shizuś... czy to nie Kasuka?- gdy tylko blondyn odwrócił się, chłopak perfidnie wykorzystał moment jego rozkojarzenia przechodząc mu pod ramieniem, w prost do jego nie skażonego pchłą mieszkania.
- Wypad stąd - warknął Shizuo a słynna żyłka na skroni niebezpiecznie zapulsowała.
- No ale ja przyszedłem tu bo- zaczął, jednak Heiwajima natychmiast mu przerwał.
- Nie obchodzi mnie po co tu przyszedłeś. Obchodzi mnie, że zaraz stąd wyjdziesz - demonstracyjnie otworzył przed brunetem drzwi, czekając aż ten łaskawie raczy podnieść swój (nie) szanowny tyłek i sobie pójść. Najlepiej pod koła jakieś ciężarówki. Tak, marzyć zawsze można, pomyślał gorzko. To byłoby za proste. Izaya westchnął, moszcząc się wygodniej na kanapie a Shizuo zadrgała brew. - Ty. Wypad. Teraz. - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Huh? Podziękuje. Dziś rano robiłem sobie rozgrzeweczkę. Wypady nie są mi potrzebne.
-Tyy...
- Jaaa? -ponaglił go- a z resztą nie ważne. Chciałem cię przeprosić za e wszystkie świństwa które ci robiłem- spuścił wzrok- czy mi wybaczysz?
- Hę? - mruknął mało inteligentnie po czym wybuchł głośnym śmiechem. Gdy wreszcie się opanował spojrzał na zdumionego bruneta- Że niby JA miałbym uwierzyć TOBIE? -spytał po czym znów zaniósł się śmiechem.
- Nie wierzysz mi? Dobrze. - Izaya wiedział, ze nie będzie łatwo. Nie dbał o to. Klęknął na podłodze składając ręce przed Shizuo- Proszę, wybacz mi!- wykrzyczał czerwieniąc się. Shizuo przestał się śmiać. To naprawdę musiało go wiele kosztować... Ale z drugiej strony to... to dalej byłą menda która niszczyła przez kilka ostatnich lat jego życie! Pamiętał co mówi mu rodzice gdy opowiadał im o bójkach z Izayą. Że musi być lepszy. Że nie powinien zniżać się do jego poziomu.
- No dobra...- mruknął niechętnie- Ale jeden wyskok i zmiażdżę Ci czaszkę- zagroził. Uradowany informator podskoczył, przytulając się do brzucha blondyna.
- Nie? Nie? Bez przytulania? - spytał. W odpowiedzi otrzymał spojrzenie, od którego połowa populacji Ikebukuro właśnie zmieniałaby bieliznę.
-Usiądź a ja przyniosę coś do picia -powiedział. W sumie... może Izaya naprawdę chciał się zaprzyjaźnić? Czy mogliby zostać przyjaciółmi? A możne kimś więcej? Takie i inne myśli męczyły barmana nalewającego do dzbanka sok. - Pchło, jesteś tam jeszcze?
Cisza. Zdziwiony wychylił głowę tak, by widzieć salon. Pusty salon. Salon z otwartym oknem. Shizuo zacisnął pieści a ucho dzbanka skruszyło się, przez co bogu ducha winne naczynie zaliczyło spotkanie trzeciego stopnia z podłogą a Shizuo został obsypany odłamkami szkła. A jedna z jego ukochanych koszul została wzbogacona a ciemno czerwoną plamę z soku winogronowego. Nagle usłyszał ciche piknięcie a jego radio zostało zniszczone przez miniaturową eksplozję.
Izaya siedział na dachu, machając nogami gdy po ulicach Ikebukuro poniósł się odgłos eksplozji i wściekły wrzask:
- IZAAAAAAAAAAYAAAA!
Zaśmiał się w duchu z głupoty bestyjki. Miałby przepraszać? Miałby rezygnować ze wspaniałych pościgów? Nigdy.
Blondyn, cały osmalony sadzą palił już dziesiątego papierosa, a w ścianie między jego sypialnią i salonem widniała wielka, dymiąca dziura. Pierdolona menda..Spróbował, jak Shinra, poszukać pozytywów. Nie będzie musiał już chodzić do drzwi... W tej chwili wyobraził sobie Izaye wepchniętego w tą dziurę. Humor od razu mu się poprawił.
WAŻNE INFORMEJSZYN
- FUCK YEAH! WRACAM!
...
Ale tak na serio a ten Oneshot ma być tego dowodem.
Niestety, zdrówko siada, oceny spadają i człowiek musi to popoprawiać .-.
- NOWY WYGLĄD
Mam nadzieję, że przypadnie wam (Tym którzy jeszcze to czytają) do gustu c:
- ZAKŁADKI
Jest tam świeżo założony Wattpad
Możliwe że wkrótce pojawią się Ask i Tumbrl ;>
DZIĘKUJĘ ZA PRZECZYTANIE
MAM NADZIEJĘ, ŻE TYM RAZEM UDA MI SIĘ DOTRZYMAĆ SŁOWA I BYĆ BARDZIEJ AKTYWNYM, TAKŻE NA BLOGACH INNYCH C:
Subskrybuj:
Posty (Atom)