wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 12 Przyszłość jest nieunikniona

                                Dedyk dla Nikoli Kostilek. Dzięki tobie Gustaw mi pomagał XD 
                                             Mam nadzieję, że pamiętasz Gustawa wenę :P 
                                               Oby twoja wena również Ci dopisywała :)
                                                   Masz tu swoje obiecane Hicckstrid :) 

Rapunzel

Razem z Ann pisałyśmy test z eliksirów. Słowem masakra.
Zadanie 17. Czym jest bezoar?
Bezoar to...
Czym jest ten bezoar... Coś mi świta. Chyba coś co leczy z trucizny? Taaak, chyba tak.
Bezoar to kamień tworzący się w żołądku kozy, chroniący przed wieloma truciznami.
Zadanie 18. Do czego używa się rogu jednorożca?
Używa się do...
To powinno być na ONMS a nie na eliksirach!
Używa się do robienia eliksirów np. wywaru na czyraki.
Uff, to było ostatnie! Drżącymi rękami odłożyłam arkusz na biurko nauczyciela i wyszłam z klasy. Rozległ się dzwonek i po chwili dołączyła do mnie uśmiechnięta od ucha do ucha Ann.
- jak ci poszło?- spytała.
- nie najgorzej, może nie dostanę trolla.
- aż tak źle nie będzie, chodź, idziemy na śniadanie.
Przez te kilka miesięcy zdążyłyśmy się już mniej więcej (raczej mniej) zorientować co gdzie jest. Idąc rozmawiałyśmy o błahostkach typu "Czy jedziesz gdzieś na święta". Usiadłam przy stole Puchonów. Nagle coś zaczęło pachnieć... taki słodki zapach, z nutą toffie... tylko jedna rzecz może tak pachnieć. Moja ukochana rzecz. Rzecz za którą gotowa jestem zabić. Gofry. Przyciągnęłam do siebie miskę ze stosikiem smakowicie wyglądających goferów (gofery w moim języku znaczą to samo co gofry). Polałam je słodkim karmelem. A myślałam, że gofrowa wróżka to tylko piękne kłamstwo... Wszystkie te gofry podejrzanie szybko zniknęły. To jakaś czarna magia! Z Ann powlokłyśmy się na transmutację ze Ślizgonami.
- hej, która godzina?- spytałam.
- dziewiąta pięćdziesiąt dwa...
Za trzy minuty dzwonek. Ruszyłyśmy przed siebie tak zwanym "sprintem ostatniej szansy". Tak nazywam ten szaleńczy bieg gdy ktoś wie, że się na coś spóźni. Do klasy wpadłyśmy minutę przed dzwonkiem. Zadyszana rzuciłam torbę obok mojego stolika i w tym samym momencie do sali weszła nauczycielka.
- witajcie! Do odpowiedzi weźmiemy- zawsze tak samo. Po słowie "witajcie" można spodziewać się pytania. - weźmiemy pana Frosta.
Jack zbladł.
- ależ pani profesor- zaczął sztucznie przesłodzonym głosikiem- jestem pewien, że Drake- wskazał na rudego chłopaka ze Slytherinu siedzącego obok niego. - bardzo chce się popisać swoją widzą.
- ależ panie Frost -odpowiedziała nauczycielka. Po tych kilku miesiącach chyba nauczyła się, że z Jackiem trzeba się obchodzić jak z małym dzieckiem- niech pan nie będzie tak skromny. Proszę wyjść na środek klasy.
Jack posłał jej mordercze spojrzenie po czym wyszedł. Gdy stanął na środku klasy, on... uśmiechnął się. Uśmiech był na tyle szeroki, że spokojnie mogła bym policzyć wszystkie zęby będące w jego posiadaniu. Jack wyjął z kieszeni złotą broszkę i przypiął ja sobie do krawatu. Znów się uśmiechnął po czym zwrócił się do pani Tooth.
- ależ prezydencie Snow! Ja jestem Jack Frost, prawdziwy kosogłos! - po sali przetoczył się chichot a Jack złapał wyimaginowany łuk i udał, że napina cięciwę i wypuszcza strzałę- Jestem kosogłosem, symbolem powstania! Jestem igrający z ogniem! Droga klaso zrobimy bunt przeciwko tyranii! - wrzasnął a klasa jak jeden mąż poderwała się z miejsc i wszyscy zaczęli skandować imię naszego kosogłosa. Zapewne zapytacie skąd my, czarodzieje znamy powieść "Igrzyska Śmierci"? Cóż, autorka była czarownicą. Dopiero teraz zobaczyłam dokładniej broszkę. Był na niej miniaturowy, złoty kosogłos.
- Jack, nie wiedziałam, że jesteś w fandomie. -szepnęłam do niego. Spojrzał się na mnie ze zdziwieniem.
- bo nie jestem- posłał mi przebiegły uśmiech- zwinąłem ją rudzielcowi.
I wszystko stało się jasne. Nagle Ann tłumiąc chichot krzyknęła:
- te, Igrający z ogniem! Szata ci się pali!
Jack spojrzał w dół. Skrawek jego szaty tlił się zapewne od świecy którą nasz kosogłos strącił ze stojaka. Szybko zadeptał ogień i wrzasnął do nauczycielki która stała w kącie i przyglądała się temu wszystkiemu z ogłupiałą miną jak by chciała Jacka zabić, ożywić, sklonować, zabić klony potem jeszcze raz ożywić i znów zabić.
- Jeśli my spłoniemy to cała szkoła spłonie razem z nami! - po sali przetoczył się śmiech. ( ludzie, słuchajcie kocham Igrzyska, Jack to kretyn i popisuje się przed Punz. Wszystkie pretensje do Jacka kierować. Ja jestem nie winna. dop. autorki)


Jack 

Rozległ się dzwonek i cała klasa wybiegła na zewnątrz. Hahahah, jaka ta baba jest głupia! Myślałem, że zdusi moją "rewolucję" w zarodku a nie da mi się wykrzyczeć. Nagle usłyszałem za sobą głos mojej nauczycielki :
- Frost, pierwsza sobota po świętach, masz szlaban!
Czyli jednak nie jest taka głupia... Z szerokim uśmiechem poszedłem do biblioteki- miejsca naszych spotkań.
Siedzieli tam już wszyscy.
- te, Jack, po co ci ten banan na twarzy? -spytała Merda. Taka to z niej kochana, ciepła i sympatyczna osóbka jak z trolla baletnica.
- suchar tygodnia -mruknąłem zgryźliwie. - tak suchy, że mógł bym na nim suszyć pranie.
- hej- odezwał się nagle Hick- a co będziemy robić jak Mrok zostawi nas w spokoju?
To pytanie można było porównać do sytuacji gdy ktoś kładzie odbezpieczoną minę na stole. Nikt nie wie gdy wybuchnie. W sumie to chyba tylko dzięki tej sprawie z Mrokiem jesteśmy przyjaciółmi. Tylko ona nas łączy.
- będziemy żyć dalej -odezwała się w końcu Merida. wszyscy zamilkliśmy. Ma rację, będziemy żyć dalej. Tyle, że życie będzie się toczyć tak jak byśmy nigdy się nie spotkali...
- jedziecie gdzieś na święta? -spytała Punz.
- Ja zostaję - powiedziałem równocześnie z Meridą. Obdarzyliśmy się nawzajem wściekłymi spojrzeniami.
- nie to ja zostaję - znów powiedzieliśmy to jednocześnie.
- przestań po mnie papugować -znów jednocześnie. Gryfonka zrobiła się czerwieńsza niż jej włosy.


Hiccup

Wsiadłem do pociągu. Wczoraj siedzieliśmy do późna dyskutując o tych wszystkich świątecznych pierdołach. No, jeśli wymianę wyzwisk Meridy i Jacka da się nazwać dyskusją... Podróż minęła szybko. Siedziałem w przedziale z Astrid więc mieliśmy o czym rozmawiać. Na miejscu czekał ojciec. Wiem, zwykle na ojca mówi się tata ale u nas rodzicom okazuje się szacunek. Dzięki tacie teleportowaliśmy się bezpośrednio na Berk, a tam wszystko po staremu. Zimno jak cholera, ludzie zajęci swoimi sprawami, bliźniaki wredne jak zawsze. Sączysmark nieogarnięty a Śledzik zaczytany. Słowem witajcie na Berk, zadupiu tak odległym od cywilizacji że już bardziej się nie da! Szczerbek natychmiast wyskoczył z mojego rękawa a tata powiększył go do wymiarów 1:1. Ten zaraz zniknął gdzieś z Wichurką. Tak naprawdę to jedyne co nas trzyma przy zdrowiu psychicznym to smoki. Po przywitaniu się ze wszystkimi wyszliśmy z As na spacer. No sorry ale kto nie miał by dość Sączysmarka który cały czas podrywa As? Szliśmy po zamarzniętej plaży gdy Astrid zapytała się:
- Lubisz mnie?
Kurde to jakieś podchwytliwe pytanie!Dziewczyny zawsze zadają podchwytliwe pytania! Myśl debilu! Co ona chce usłyszeć.
- nie.
Spuściła wzrok. Idiota. Kompletny idiota. Zbyt kombinuję.
- ja cie nie lubię As. Ja cie kocham.
Zobaczyłem jej uśmiech. Czyli będę żył!
- ja ciebie też.
Pocałowała mnie w policzek po czym spłonęła czerwienią. Czy my przypadkiem nie jesteśmy zbyt młodzi na takie rzeczy? Może...
- zaśpiewasz coś? -spytałem. Spojrzała na mnie ja na wariata.
- po co?
- no bo ładnie śpiewasz. Pamiętam, jak mieliśmy pięć lat to śpiewałaś, chyba wtedy zacząłem cie... no wiesz... -chyba jestem czerwieńszy niż sztuczny ogon Szczerbatka.
- A co mam zaśpiewać?
- może drzewo wisielców?  (przepraszam ale kocham tę piosenkę dop. autorki)
- Are you, are you
Coming to the tree?
They strung up a man
They say who murdered three
Strange things did happen here
No stranger would it be
If we met at midnight 
In the hanging tree
Słuchałem jak zaczarowany. Piosenka jest świetna. Spokojna i melodyjna a As ma wspaniały głos. Gdy skończyła zaproponowałem:
- a może tak przelecimy się?
As spłonęła rumieńcem.
- As, jakie ty masz skojarzenia! Chodziło mi o smoki! Lot na smokach! 
- ok.
Obydwoje zaczęliśmy się śmiać. Przywołałem Szczerbatka i go dosiadłem. Odbiliśmy się od ziemi. Jak mi tego brakowało! Obok mnie leciała Astrid.
- hej, Hofferson, a umiesz tak?
 Taka nasza zabawa, mówimy do siebie po nazwiskach. Szczerbek zrobił beczkę.
- pfff -prychnęła- a ty Haddock umiesz tak?
Wichura wykonała korkociąg. Ta nasza przepychanka trwała jeszcze chwilę. Jak mi tego brakowało! W pewnym momencie, sam nie wiem kiedy As podleciała do mnie i pocałowała mnie w policzek. Chyba jestem najszczęśliwszym jedenastolatkiem na ziemi!


Merida

- dupek - warknęłam w stronę białowłosego pajaca. 
- zołza.
- idiota.
- ale przystojny idiota!
- ale jednak idiota!
- zrzęda
- ciota!
Szliśmy na ucztę świąteczną. Oczywiście szanowna panna Hofferson, Ellens i Haddock musieli wyjechać i zostawiać mnie z tym białowłosym pajacem! Przestałam go wyzywać już sama nie pamiętam za co gdy doszliśmy do Wielkiej sali. Wyglądała bajecznie. Cztery stoły zastąpiono jednym wielkim, suto zastawionym wiktem. Po bokach stały ogromne choinki przystrojone lewitującymi świecami, złotymi sowami i girlandami anielskich włosów. Gdzie nie gdzie rozwieszono jemiołę. Wygląda to co najmniej obłędnie. Gdy usiedliśmy z Jackiem od razu zabraliśmy się za frytki. Wychodząc z uczty dźwigałam miniaturową armatę, którą kiedyś wypróbuje na Jacku, zestaw do robienia czekolady (który mi się bardzo przyda) i gumową różdżkę.  Teraz pozostaje czekać na prezenty.


                                                     * *  * * *  * * * 


                               Wesołych Świąt, wszystkie prezenty idą do Shadow! 
       A tak serio, to wesołych świąt, prezentów, pierniczków i czego tam chcecie XD 
Obiecałam rozdział i jest :) Osobiście jestem z niego średnio zadowolona. No nic, opinię pozostawię wam
                               Tradycyjnie, obowiązuje zasada czytam= komentuje 

~ Shadow

czwartek, 18 grudnia 2014

Sowia Poczta

Wybaczcie, że nie jest to rozdział. Na wstępie wiadomość najważniejsza: Rozdział 12 zostanie dodany przed 24 grudnia. Nie bijcie patelnią i dajcie mi się wytłumaczyć! Weszłam na Blogspota przekonana że świat jest piękny a tu brak rozdziału 12! Blogspot najwyraźniej uznał, że nie potrzebny nam jest rozdział i go usunął. Teraz siedzę i przeżywam traumę bo były tam 3 worldowskie strony. I teraz będę musiała napisać to od nowa. Jeszcze raz was przepraszam. Tu macie wielką czwórkę w świątecznej edycji, tak na otarcie łez.




 

PS 1 komętarz = szybsze dodanie rozdziału

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 11 Przebojowy Pocałunek

Hiccup



Wylosował mnie... Jack. wytrzeszczyłem oczy. On również nie wyglądał na zachwyconego. Ok, trzeba coś wymyślić bo dojdzie do tragedii. Hmm, nie można wymigać się od zasad, więc co dalej. Myśl! Mam! Opłaca się myśleć. Od razu rozwiewam wątpliwości: nie zamienię go ponownie w ananasa! Większość obecnych zaczęła skandować
- ZRÓB TO, ZRÓB TO!
- ok, ale jest jeden warunek -powiedział Jack. -zasłonimy Meridzie oczy.
- co?! Niee.- zaczęła protestować. Mnie to pasuje, gdy by Mer to widziała, nie mieli byśmy życia w tej szkole.
- cohorius- jeden z piątoklasistów wycelował różdżkę w rudą. Na jej oczach zmaterializowała się czarna opaska.
- nie! Ja chcę to zobaczyć!- wrzeszczała.
Jack zrobił krzywy dzióbek i gdy jego usta były kilka centymetrów od mojego policzka sięgnąłem po pierwszą lepszą rzecz leżącą w zasięgu mojej ręki i przystawiłem ją do ust Jacka. Rozległo się głośne cmoknięcie i ogólny śmiech. "Tajemniczym mysim sprzętem" (wicie o co chodzi, o ten mysi sprzęt z tej kreskówki, dop. autorki) okazał się być nadpalony "Prorok Codzienny". I tak o to Jack zrobił z siebie idiotę drugi raz w ciągu półtorej godziny. Pozazdrościć. Dla mnie i Punz balanga skończyła się pięć minut później. Gdy w końcu dowlokłem się do Ravenclawu, padłem na łóżko. Przez jakieś pięć do dziesięciu minut leżałem w ciemności rozkoszując się świętym spokojem. Naraz wszedł Nico. Obrzucił mnie spojrzeniem i powiedział:
- było aż tak źle?
- nie, co ty. Transmutowałem Jacka w ananasa, patrzyłem na schlanych Gryfonów i musiałem tam siedzieć. Było super.
- eh, może to poprawi ci humor. - mówiąc to rzucił mi na łóżko jakiś kolorowy magazyn. Wystarczyło obrzucić go spojrzeniem by zorientować się, że to mugolskie pismo- zdjęcia były nieruchome.
- a po co mi to? Wiesz, ze ja nie lubię tego badziewia.
- otwórz na stronie dwunastej i trzydziestej siódmej. A, no i nie obrazisz się na mnie jeśli pożyczę od ciebie jakąś książkę?
- nie, nie bież jaką tylko chcesz.
Nico wziął Jak wyhodować smoka,  a ja zacząłem czytać. Odnalazłem stronę dwunastą.

Najświeższe fakty.
W pewnej miejscowości było włamanie. Złodziej nie chcąc by mieszkańcy go rozpoznali zdjął okulary i tak zakamuflowany włamał się do domu sąsiadów. Niestety, bez okularów źle widział i pod czas ucieczki uderzył się o ścianę, po czym stracił przytomność. Najdziwniejszy był cel włamania. Włamywacz wykrzykiwał coś o niejakiej "Księdze Tenebrisa".
Księga Tenebrisa... Gdzie ja to słyszałem? Zgodnie z wskazówkami kumpla otworzyłem na stronie trzydziestej siódmej. Wytrzeszczyłem oczy na widok gryzącego oczy nagłówka "Czy Smoki istniały?" Dobrnąłem do trzeciej linijki a potem (pewnie z nudów) tak jakoś dziwnie moja głowa zaczęła opadać na ramę, po czym odpłynąłem w objęcia Morfeusza.
                                                                   Muzyka do tekstu: 
* * * * * *

Stałem na łące, obok Szczerbatka tarzającego się w trawie wyższej ode mnie. Nagle smok zwrócił na mnie wzrok i przemówił ochrypłym głosem.
- wiosna. Bądźcie gotowi na wiosnę. To się stanie wiosną.
yyyy, przed czym on mnie ostrzega? Przed zabójczymi dzięciołami? A może przed morderczą stokrotką?
Znalazłem się w wirze głosów i barw. Szeptały: zobacz nas, pamiętaj o nas, dołącz do nas. Zawsze uznawałem Greków za świrów. Teraz odwołuję wszystko. Może nie byli wcale tacy głupi. Według mnie te głosy przypominają Łąki Asfodelowe- setki dusz błąkających się bez sensu, z jednym pragnieniem : pamiętania ich. Tak pewnie wyglądało by przejście przez takowe łąki. Przykre.  Wylądowałem w cieniu jakiegoś drzewa. Obok mnie stała Astrid. Normalnie, gdy mam jakiś sen inni ludzie nie zwracają na mnie uwagi. Nagle Astrid odwróciła się w moją stronę po czym zamachnęła się na mnie pięścią i krzyknęła:
- Hiccup! Co ty u robisz?!
Zebrałem się z ziemi klnąc pod nosem.
- śpię!
- miło wiedzieć.
- co my tu robimy? -spytałem.
- ja mam wiedzieć?! Nie jestem wróżką!
- wiesz- zacząłem, uśmiechając się pod nosem- jesteś czarownicą, a to prawie to samo.
- jesteś czarodziejem, to prawie to samo -odgryzła się.
- czarownica ma bliżej do wróżki!- zaprzeczyłem. -po za tym czy ja ci cholera jasna wyglądam na wróżkę?!
- wieeeeesz...
- nie wiem i nie chcę się dowiedzieć.
- to co robimy?
- nie wiem. Może się przejdziemy?
Idiota. Jestem idiotą. Lądujemy razem w jakimś popieprzonym śnie, nie wiedząc o co chodzi a ja wyjeżdżam z tekstem "może się przejdziemy?". Idiota.
-niech będzie.
I wszystko zawirowało ponownie a my znaleźliśmy się w jakimś ciemnym pokoju. Poznałem go natychmiast. Był to mój pokój z dziecięcych lat. Średniej wielkości pomieszczenie, meble z jasnego drewna, okno na dachu, mała, płonąca świeczka z wesoło chyboczącym płomyczkiem i tablica z mnóstwem rysunków nadawały pomieszczeniu przyjemny nastrój. A przy tym ten zapach... mieszanina jaśminu i cynamonu. Odetchnąłem jeszcze raz z lubością wdychając mieszaninę uspokajających zapachów. Powoli, jak w transie podszedłem do tablicy z rysunkami i melancholijnie dotknąłem największego z nich. Przedstawiał on małego, chudego bruneta. Obok stał tęgi mężczyzna z pokaźną rudą brodą. Po prawej stronie chłopca uśmiechała się szczupła kobieta, o uderzająco zielonych oczach i brązowych włosach, spiętych w dwa warkocze. Mama. Wtem drzwi się otworzyły i do pokoju weszła owa kobieta z rysunku niosąc na rękach sześcioletniego chłopca. Gdy tylko spróbowała położyć go do łóżeczka ten zaczął krzyczeć:
-nie nie nie! Ja się nie zgadzam! Ja ciem bajkem!
- a może być kołysanka? -spytała z uśmiechem. Oczy chłopca rozszerzyły się i błyszczały ze szczęścia.
- tak!
Kobieta zaczęła śpiewać.
- are you are you coming to the tree 
they strung up a man
they say who mourder three
strange thinks did  happend here, no stranger would it be
if wee meet a meandingnight in the hanging tree
- jeszcze!
- niech ci będzie, ale to już ostatnia.
- dobrze, tylko zaśpiewaj!
- Śpij już maluchu, śpij już śpij
Bo zły smok przyjdzie i zabawkę zabierze ci
A gdy twój wróg usłyszy szloch
To zetrze ci kości całkowicie w proch
Ja obiecuję, jeśli położysz się
we śnie będziesz mieczykami bawić się.
Wiem, kołysanka jest koszmarna ale weźcie pod uwagę, że jesteśmy odizolowanymi od świata wikingami. Doskonale to pamiętałem. Chłopiec zasnął a jego matka wyszła. Usłyszałem za sobą zgrzyt i w tym samym momencie malec obudził się. Po ścianach przebiegł czarny cień. Mały ja schował się pod kołdrą ze strachu przed stworem. Nic dziwnego, w tym dniu usłyszałem od wujka Pyskacza przejmującą historię o trollach i jamniko-elfach. Pamiętam też, że od tego wieczoru cień przychodził co noc. To było straszne.

Merida

Chyba właśnie pobiliśmy rekord. Jest dziewiąta rano a my uciekamy przed naszym woźnym, Alabastrem. Tak dla wyjaśnienia: Alabaster Pryze, wiekowy woźny który za punkt honoru postawił sobie wyrzucenie wszystkich uczniów z Hogwartu. Przeuroczy staruszek. Tak czy siak wracamy do naszych "Igrzysk Śmierci z woźnym w roli głównej" (nie mam zamiaru obrażać fanów Igrzysk, sama jestem trybutką z dystryktu 2 dop. autorki). Stary Alcio, jak nazywają go uczniowie, goni nas za "przypadkowe" wyrzucenie łajnobomb na jego ulubione środki czystości (Pani Fluwell "Żyj czysto przez cały dzień"). Teraz we czwórkę roztrącaliśmy zdezorientowanych uczniów co jakiś czas sapiąc i przeklinając w biegu. Ach, te szkolne lata! W końcu zatrzymaliśmy się przy jakimś tajnym przejściu o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Wydyszałam:
- "chodźcie, obrzucimy woźnego łajnobombami" mówili -zaczęłam przedrzeźniać Jacka- "Będzie fajnie" mówili!"
Jack wzniósł ręce w obronnym geście.
- Nie wiń mnie. Ja jestem niewinny.
Hick prychnął.
- jak zawsze! "To nie moja wina pani Profesor" "To nie ja podpaliłem kolegę pani profesor" "to nie ja złamałem rękę Raytharowi" "nic nie jest moją winą"
- jak ty mnie dobrze znasz!- westchnął Ślizgon. Obrzuciłam go krytycznym spojrzeniem. Jest grudzień! Cieszmy się i radujmy albowiem nie długo Święta!
- co teraz? -spytała Punz.
- jak to co? Idziemy do starego Alcia i " w prezęcie" dajemy mu jeszcze jedną łajnobombę!
-wal się.
Iz tymi jakże motywującymi słowami na ustach pociągnęłam Hicka za jedem rękaw, Punz za drugi i wywlokłam ich z korytarza. Jack pobiegł za nami i z uśmiechem a'la "pozabijam wszystkich jeśli w moje ręce wpadnie jakieś zabłąkane ostre narzędzie, takie jak nożyczki". Mówiłam już jak bardzo nie cierpię tego gościa?
- ok, ja spadam. Jutro z samego rana mam sprawdzian z Historii magii. - powiedział Hick.
- nie rozśmieszaj mnie! Olewasz naukę a i tak lecisz na samych "P"*!
- co?! Ja nie olewam nauki- zaprzeczył brunet.
- olewasz, olewasz! Włóczysz się z nami czyli olewasz! - mruknął Jack.
-ok, ja idę zdrzemnąć się, no wiecie, sen dla urody - rzuciłam odchodząc.
- jakiej urody? -zawołał za mną Jack. Wyjęłam z kieszeni pierwszą lepszą rzecz i rzuciłam w niego.
Ową morderczą rzeczą okazał się być "Prorok Codzienny". A, właśnie, musicie wiedzieć, że Jack panicznie boi się prasy. Według oficjalnej wersji nie lubi gazet odkąd zmuszony został do pocałowania nadpalonej gazety. Ja uważam, że jest zbyt głupi by czytać. W każdym razie jedno z dwóch. Powlokłam się do dormitorium, gdzie wyjęłam książkę od eliksirów i zaczęłam, jak to się wśród mugoli mówi "czytać obrazki". Tak pewnie uczy się Frost. Moja dzika wyobraźnia przeniosła mnie dormitorium Ślizgonów (żeby nie było, ja je sobie tak wyobrażam). Duże, kamienne lochy, oświetlone kilkoma świecami. Obstawione narzędziami tortur. I taki Jack stojący przy jakimś strasznym urządzeniu, jedną ręką trzymający dźwignię rozciągacza a w drugiej dzierżący książkę. I tak by mamrotał: "Ja być jaskiniowiec. Ja nie understendać obrazki. To być za trudne dla mały móżdżek Jacka". Zachichotałam pod nosem. Zdecydowanie mam zbyt bujną wyobraźnię.
- z czego się śmiejesz? -spytała Astrid z sąsiedniego łóżka.
- z Frosta i jego narzędzi tortur
- CO?! Jakich narzędzi tortur? Czy ja o czymś nie wiem?
Opowiedziałam jej ze wszystkimi szczegółami, jak to sobie Merida wyobraża naukę w stylu Jacka Frosta.
Po chwili obie rechotałyśmy jak wariatki. Oczywiście Astrid dodała kilka szczegółów, takich jak: różowe, puchate bokserki, papiloty na jego białych włosach i cebula na oczach.
- z kim mamy test z eliksirów?
- z Puchonami.
-ooo- jęknęłam- a już myślałam, że będę mogła ściągać od Hicka!
Cóż, Life is brutal. Jak na zawołanie Astrid zawołała:
- Life is brutal.
- and ful of zasadzkas
- and sometimes takes kopas w dupas.
I znowu zaczęłyśmy się śmiać jak wariatki. O, tak wygląda Gryfońska nauka. Będą szóstki jak nic. Jesteśmy zwycięzcami. Kaboom!

Jack

Dziwna wariatka! Szjbuska! Świruska! Oszołom! Myślałem. I żeby nie było, nie mówię tu o Meridzie! Ale zacznijmy od początku.
                                                                     * * * * *
Szedłem sobie spokojnie do dormitorium, a tu nagle jakaś blondynka wyskakuje z za rogu i krzyczy:
- Ty dupku! To ty wrzuciłeś tego niuchacza** do dormitorium drugiej klasy!
Jednocześnie złapała mnie zimnymi rękoma za szyję i przystawiła różdżkę do skroni.
- nie to nie ja! To ten Gryfon, jak mu tam... Smith, nieee! Stowell!
- aa, no tak, przepraszam.- zmieszała się.
Zanim ugryzłem się w język zdążyłem krzyknąć:
- hej! Jak się nazywasz?!
Ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała, na tyle cicho bym tylko ja mógł to usłyszeć.
- Elsa. A ty?
- Jack.

                                                           * * * * * * * *

Teraz pluję sobie w brodę, że nie użyłem wobec niej niesławnego oszałamiacza. A podobno Krukoni są mądrzy... No chyba była z Ravenclawu, tak czy siak jej krawat był takiego samego koloru co krawat Hicka. W każdym razie, gdy by była mądra, wiedziała by, że nie przydusza się przypadkowo spotkanych ludzi. Usłyszałem bełkot Flynna. Od ostatniej imprezy nie może wytrzeźwieć i cały czas mamrocze teksty w stylu "Uwolnić Orkę" "Jam jest Jack Sparrow" albo "oszołomie daj ciasta". Obecnie mruczał coś o " zabójczych frytkach". Sięgnąłem do kieszeni. Są. Chodzi mi o takie małe, różowe gumeczki recepturki, takie z których mugolskie dziewczyny robią te wisiorki i tym-podobne-paskudztwa-których-Jack-nie-znosi . Teraz mogą się przydać. Wziąłem kilka owych narzędzi tortur i zacząłem wiązać Flynnowi kucyki na głowie nucąc przy tym Summertime. Voila (czyt. wuala). Flyn miał całą głowę w różowych gumeczkach i kucykach, tak, że wyglądał jak jakiś popaprany jednorożec. Nagle wstał i z diabelskim uśmiechem oświadczył:
- mam pomysł.
- boję się.
- i słusznie.
Tym pomysłem okazało się wbieganie i zjeżdżanie po schodach. No, bo schody w dormitoriach damskich mają taką dziwaczną właściwość, że gdy wchodzą na nie chłopcy zmieniają się w zjeżdżalnię. Więc inteligentny wielce Flynn wymyślił zawody "kto wbiegnie najwyżej nie wypieprzając (przepraszam za słowo dop. autorki)  się przy tym". Ja osobiście zaliczyłem glebę w połowie i zjechałem pod nogi rechoczącego Flynna. Bosko. Po jakiś pięciu do dziesięciu minut przyszedł prefekt, ale zamiast zwyzywać nas, zaczął zjeżdżać z nami. Kocham ten dom! Samowolka! Niech żyje wolność i swoboda, niech żyje zabawa i zjeżdżalnia nie zepsuta! W końcu przyszła opiekunka i oświadczyła że albo się przymkniemy albo wlepi nam taki szlaban że do końca roku nie wymówimy słowa "zjeżdżalnia". Powlokłem się do dormitorium zakuwać na historię magii. Nie żeby to coś dało.


Rapunzel


Zaczytana. To dobre określenie. Powiedzmy, że robię kilka rzeczy na raz: czytam, odpędzam stopą Pascala a  An maluje mi paznokcie. Właśnie doszłam do akapitu o Heldze Hufflepuff.

Helga pochodziła z dolin Walii. Była wielką przyjaciółką Roweny Ravenclaw. Dla Roweny liczyła się inteligencja, dla Godryka odwaga, a dla Salazara ambitność. Hufflepuff ogłosiła, że przyjmie do swojego domu wszystkich. Tak się też stało. Jedynej cechy, której wyraźnie nienawidziła Helga było lenistwo. Helga była dobra z zaklęć gastronomicznych i dotyczących jedzenia. Jej przepisy nadal są stosowane w Hogwarcie. Hufflepuff za czasów swojego uczenia i pobytu w szkole stanowiła dużą konkurencje dla skrzatów domowych.
Chciała bym taka być. Pracowita, pomocna, uczynna i dobra. O, teraz akapit o Rovenie Ravenclaw.

Rowena Ravenclaw — jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu. Właścicielka legendarnego diademu, obdarzającego niezwykłą mądrością. Postanowiła, że do swojego domu przyjmować będzie wyłącznie osoby bystre i inteligentne,gdyż  sama taka była. Rowena pochodzila ze Szkocji, żyła w okresie średniowiecza. Założyła Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie razem z Godrykiem Gryffindorem, Helgą Hufflepuff, oraz Salazarem Slytherinem. Miała córkę Helenę. Rowena zmarła umierając na śmiertelną chorobę. Ravenclaw była serdeczną koleżanką Helgi Hufflepuff. Możliwe, że kupiła swoją różdżkę w sklepie Ollivanderów, którzy swoją działalność rozpoczęli w 382 r. p.n.e. Popularna teoria głosi, że to Ravenclaw wybrała miejsce położenia Hogwartu, czyli jej rodzinne strony.


Jest jeszcze jeden tekst, pomyślałam. W istocie był i przeczytała bym go, gdy by nie krzyk
Annabeth.
- Punz! Ten jaszczur niszczy mi lakiery!
Pascal, zadowolony z siebie i cały uwalonymi różnymi odcieniami błękitu skakał od flakonu do flakonu tłukąc co się da. Dobrze, że nikt inny tego nie widział, bo ten dowcip czarodzieje opowiadali by sobie do końca Hogwartu: Jak długo dwie Puchonki mogą łapać jednego kameleona? To proste, w nieskończoność bo kameleon jest szybszy i bystrzejszy od nich. Koń by się uśmiał.
- nieee- jęknęłam.
- co? -spytała An, próbując posklejać zaklęciami butelki po lakierach. Bez skutku.
- nie mam książki, muszę iść po "Eliksiry dla młokosów".
Dziarskim krokiem ruszyłam do biblioteki. Zjechałam po kilku poręczach i w jakieś dziesięć minut byłam w bibliotece.
- dzień dobry, gdzie są książki o eliksirach?
-po prawej, i jeśli którąś zniszczysz...
- tak, tak, wiem, śmierć przez powieszenie.

Szybko podeszłąm do wskazanego przez bibliotekarkę regału i zaczęłam szperać. Eliksiry dla mózgowców - za trudne. eliksiry dla debla, czyli książka do korepetycji - za łatwe. Znalazłam! Hurra, cała noc nauki przede mną. Pozazdrościć.


* * * * * * 
Uwielbiam was! Kocham was! Po prostu poprzytulała bym wszystkich i każdego z osobna. 1900 wyświetleń *,*. Myślałam że tyle nie będzie przez cały rok a tu proszę! Kocham was! Z okazji 1900 wyświetleń możemy zrobić jakiś konkurs albo jakieś miniaturki. Piszcie w komach co chcecie. Jeszcze raz dziękuję. Czy są tu jacyś fani Perciego Jacksona? Jeśli tak, pisać w komach z jakich jesteście domków. Ja jestem z 13-tki (od Hadesa). Czytał ktoś może Krew Olimpu? Polecam. Świetna książka. Najlepszy moment- Valdezinator. Dobra, dobra, nie będę dawać wam spoilerów. Głosujcie w ankietach i prooooosze komętujcie. 
Cristal





 best patronus ever *,*