Ciemno. To było pierwsze określenie miejsca w którym się znalazłem jakie przyszło mi do głowy. Pamiętam tylko, jak by przez mgłę ból w prawym udzie, strach... skrzydło szpitalne... Jacka, Mer i Punzie. Rozejrzałem się: wokół mnie była czarna pustka. Nagle wspomnienia minionego popołudnia wróciły do mnie z całą mocą. Przypomniałem sobie wyraźnie, że zachorowałem na żmijaczkę. Super, umarłem.Nagle stwierdziłem, że jestem na błoniach Hogwartu, przed jeziorem. Był letni, upalny dzień, prawdopodobnie czerwiec. Pod rozłożystym dębem siedział jakiś przystojny brunet i ruda dziewczyna. Brunet był wysoki, miał długie nogi, uderzająco zielone oczy, wąskie usta, piegi na nosie i rozczochrane, brązowe włosy. Przy nim siedziała szczupła dziewczyna, o rudej, potarganej czuprynie, miała wodnistoniebieskie oczy, obramowane ciemnymi rzęsami. Wtem dostrzegłem jeszcze jeden szczegół: chłopak zamiast lewej nogi miał metalową protezę. Prawda orzeźwiła mnie z mocą wiadra zimnej wody wylanej mi na głowę: ten brunet to ja. Wyglądałem na 16 lat. Czyli ta ruda dziewczyna to Merida? Nie, to nie możliwe... A może jednak? Podszedłem bliżej. Nagle przystojniejszy Hick wstał. Merida zrobiła to samo. Usłyszałem ich rozmowę. Chłopak stał w cieniu dębu.
-Hick, c-co ty robisz? Otrząśnij się, ON nad tobą zapanował! - mówiła dziewczyna. W jej głosie dało się słyszeć desperację, histerię i przerażenie. Wtem zobaczyłem o co jej chodziło. W cieniu drzewa stał blady mężczyzna ze snów Jacka i szeptał coś mnie2 do ucha. Po chwili rozsypał się w czarny piasek. Oczy chłopaka zrobiły się czarne i puste. Powoli, jak robot wyciągnął różdżkę i wycelował ją w Mer.

- Hick, to ja Mer, kumpela Astrid...- po tych słowach stało się coś dziwnego. No, tak jak by znalazłem się w głowie starszego mnie. Słyszałem dialog jaki prowadzili Mrok i Hick 2.
-zabij ją!
-n-nie. to moja p-przyjaciółka...
- zasługuje na tortury!
-nie!
-tak, wiem, że tego chcesz...
-NIE!
-TAK, zasługuje na karę! Po tym co zrobiła.
Poczułem że przyszły ja traci kontrolę po czym znów stałem się obserwatorem.
- Crucio.- po tych słowach dziewczyna upadła i zaczęła się wić z bólu. Oczy chłopaka na powrót zrobiły się zielone.
-Finite!, Mer, żyjesz? -zapytał zatroskany. Znów znalazłem się w ciemnościach.
- To się stanie.- usłyszałem za sobą głos.-to jest nie uniknione.
Powoli się odwróciłem. Przede mną stał Mrok.
- Byłem pogrążony we śnie. Mój plan się nie powiódł. Lecz teraz powstanę na nowo. A pan Frost mi w tym pomoże.- na jego bladych wargach rozlał się ochydny uśmieszek. - jego krew splami mury Hogwartu.
Odruchowo sięgnąłem po różdżkę ukrytą w kieszeni spodni- różdżki nie było. Mężczyzna zaśmiał się:
- to ja jestem panem snów, księciem koszmarów. To ja znam lęki ludzkości. To ja wynalazłem zaklęcie Cruciatus! To co widziałeś stało by się, gdy byś przeżył ten rok. Jeśli zginiesz będziesz mniej cierpiał- powiedział głosem przesyconym fałszywym współczuciem.- zaufaj mi. to będzie dużo lepsze dla ciebie.
Mrok wyciągnął moją różdżkę, wycelował ją we mnie i szepnął:
- Avada Kedavra. Ujżałem błysk zielonego światła.
******
Obudziłem się zalany potem. Byłem w skrzydle szpitalnym.
-no, mój drogi, nareszcie się obudziłeś!
- jak długo byłem nie przytomny?
- tydzień. Jeśli cię to pocieszy, codziennie przychodził pan Frost, panna Dunbroch, panna Elens i panna Hofferson.
Spróbowałem wstać lecz natychmiast tego pożałowałem. Zapiekły mnie wszystkie mięśnie i bezwładnie opadłem na poduszki.
Pielęgniarka zacmokała z aprobatą.
-to, że wyszedłeś cało ze żmijaczki jest cudem. Przez następny tydzień będziesz tu leżał. Tu masz ekstra pieprzowy wywar, rozgrzeje cię i pomoże ci się odprężyć.- mówiąc to postawiła na nocnej szafce butelkę pełnął czerwonego, parującego płynu i kubek. Gdy tylko wziąłem pierwszy łyk ogarnęło mknie rozkoszne ciepło i senność. Usłyszałem otwieranie drzwi. Materac w nogach mojego łużka jęknął i ugiął się od ciężaru. Usłyszałem głos Jacka:
-stary, ile można spać?
- Jack, na gacie Merlina, on ledwo żyje! - usłyszałem poirytowany głos Meridy.
-Mówić mu o tym śnie?- usłyszałem powątpiewający głos blądyna..
- no, zasługuje na prawdę...
-a ty chciała byś się dowiedzieć czegoś takiego, oczywiście zaraz po tym jak wybudzisz się ze śpiączki po chorobie którą ledwo przeżyłaś?! -szepnęła Punzie.
- nie wierzę, że to mówię ale- Jack wziął oddech- zgadzam się z Rudzielcem.
- o co wam chodzi?- otworzyłem oczy. Punzie wyglądała na zdenerwowaną, tak jak reszta.
- ile słyszałeś z tego, no wiesz, z tego co mówiliśmy?
-yyy, tak właściwie to wszystko.
-stary, jak ty wyglądasz?- zapytał się Jack. Tym pytaniem zbił mnie z tropu.
-no, normalnie, a jak mam wyglądać?
Westchnął- według mnie strasznie- po czym podał mi lusterko. Zajrzałem w nie ciekawy co zobaczę. Skrzywiłem się gdy ujrzałem chłopaka w lusterku. Miał cerę koloru pergaminu. Zielone oczy były podkrążone ciemnymi sińcami. Miał potargane, brązowe włosy i blade usta.
- Na wielkiego Thora! Ale wracając do tematu, czego nie chcieliście mi powiedzieć?
Wymienili ukradkowe spojrzenia.
Jack
Ok, zebrałem się na odwagę. No, Hick ma prawo wiedzieć.
-Miałem sen, no i w tym śnie... no ty jak by to powiedzieć... No oberwałeś strzałą od Mroka. Przebiła ci lewą pierś, trafiła w sam środek herbu Ravenclwu. No i... to ogólnie było straszne. - powiedziałem z grobową miną. Przypomniałem to sobie. Walka z koszmarami, zatruta strzała, krzyk przyjaciela, jego krew, ten szept, i postać w czarnym kapturze zabierającą jego ciało... NIE przestań o tym myśleć. Wystarczy że w nocy musisz do tego wracać! Z zadumy wyrwał mnie głos Krukona, zająknął się.
- a znasz może jakieś szczegóły ?
- wiem, że to się stało w podziemiach Hogwartu, i że byliśmy w tedy we dwóch.
***
***
Na lekcjach było jednym słowem nudno. Hick przez tydzień siedział w szpitalu. Czasami widywałem tam tego całego di Angelo.
- mam ciarki gdy widzę tego faceta- zwierzyłem się zielonookiemu. On tylko westchnął.
- nie ty jeden, ale zrozum, miał ciężkie życie.
Spojżałem na niego pytająco.
- Nie znał rodziców, Przeszłości nie pamięta, ale od urodzenia opiekowała się nim Bianca, jego starsza sistra, razem trafili do sierocińca. W ostatnim roku pobytu w sierocińcu jego siostra zmarła na raka serca. Opiekowała się nim od zawsze, miała w tedy 13lat. Później trafił do rodziny zastępczej. Na jego szczęście to byli czarodzieje...
Nawet po wyjaśnieniach szatyna wciąż nie byłem pewny co do Nica. Te czarne oczy, gdzie ja widziałem te oczy... Zawsze w obecności tego chłopaka włosy stawały mi dęba, a mój instynkt samozachowawczy natarczywie alarmował mnie o zagrożeniu i nakazywał ucieczkę. Coś z tym dzieciakiem było nie tak, a ja dowiem się co!
Cały czas nękały mnie sny. Najgorsza była środa. Odrazu zasnąłem , co nie było dla mnie pocieszeniem. Usłyszałem szept.
- on zginie, on musi zginąć, Haddock musi zginąć!
Zobaczyłem jak Krukon pada na ziemię ze strzałą tkwiącą w piersi.
- on umrze, Haddock umrze, on musi zginąć, zabij go , torturuj go! niech cierpi!
- nie... -odezwał się cichutki głosik w mojej głowie.- to mój przyjaciel.
-zabij go, torturuj, spopiel, zamroź, obróć w pył!
-nie.
-to nie twój przyjaciel- poszeptywał Mrok- ja jestem twoim przyjacielem. Ja dam ci sławę, władzę i potęgę. A co on Ci da? Nic. Jeśli nie chcesz myśleć o sobie, pomyśl o innych, o Rapunzel, Astrid, Meridzie i Hiccupie. Co ty im możesz dać? Ból, cierpieni, gorycz, żal... śmierć.
Znalazłem się na błoniach Hogwartu. Przede mną leżały rzędem ustawione ciała. Był tam Hick, Merida, Punzie, Flynn i wiele innych osób. Nad nimi stał śmiejący się Nico w czarnym, królewskim płaszczu. Obok Krukona łkała Astrid.
-NIE POZWOLĘ CI!
- Śmierć, zbiża się śmierć, ktoś bliski ci umrze i ty nic na to nie poradzisz. Śmierć.
Obudziłem się z wrzaskiem, zalany potem. Flynn trzymał mnie za ramina, jakiś starszy Ślizgon unieruchamiał mi nogi.
- z nim jest naprawdę źle! Idźcie po opiekuna domu!
-nie, nie trzeba- przemówiłem trzęsącym się głosem.- jest ok, a i Flynn, gdybyś mógł przestać mnie krępować bo czuję się dość nie zręcznie...
Merida
Hurra, za dwa tygodnie mecz, Gryfoni kontra Ślizgoni. Na treningach dają nam (mnie i Astrid) niezły wycisk. Do dróżyny dostałysmy się bez problemu. Po raz pierwszy w historii w składzie jest dwóch pierwszorocznych ścigających. Ach, nie mogę się doczekać aż zwalę Frosta z miotły! Opowiadał nam ostatnio swój sen. Jeju, Mrok musi mieć coś do Hicka skoro tak zawzięcie dąży do uśmiercenia go. To robi się coraz bardziej szalone. Nigdy się do tego nie przyznam, ale boję się jak diabli! Po raz pierwszy i ostatni to mówię, ale chyba czas iść do biblioteki. Razem z Jackiem i Punzie (Higienistka nie wypuściła Haddocka ze szpitala) szukaliśmy informacji o Mroku. Po godzinie usłyszałam krzyk Jacka:
-znalazłem, jest!
Z podnieceniem pokazał nam opasły wolumin, oprawiony w brązową skórę. Na pożółkłej stronie były same łacińskie inskrypcje:
tenebris magus qui in saeculo septimo decimo, pulsus hostis aeternam. carmine
cruciatus inventor.
- zostawcie to mnie- mruknęła Punzie.- metafratis.
Mrok, był średniowiecznym czarnoksiężnikim. Pokonany przez Grindelwalda
Spoczął w numergardzie. Był wynalazcą zaklęcia Cruciatus.
- na ostatniej stronie jest legęda o nim- powiedział podekscytowany Jack.
Zanim Pan Ciemności został pokonany zaprzysiągł zemstę.
Mrok posiadał czarną
różdżkę. Gdy dochodził do władzy została wygłoszona
przepowiednia.
Przez wieki krążyły plotki iż takowe proroctwo jest trzymane
w legędarnej sali przepowiedni.
w legędarnej sali przepowiedni.
Mrok został pokonany przez Grindelwalda, trzeciego w historii
najgroźniejszego czarnoksiężnika. Z początku Grindelwald przegrywał,
lecz zpomocą przyszli okoliczni mieszkańcy (około 20 osób) i wspólnie
próbowali stawić opór. Udało im się dobiero gdy mały Jamie Benneth dołączył do nich i trafił Mroka w plecy oszałamiaczem.
Rapunzel
- hmm, jaki tytuł ma ta książka?- spytałam zamyślona.
- Aquissies de lenqine, autor Anubis, księga 3- odpowiedziała Merida. Twarz Jack stężała.
-ale nie myślisz że to...- zaczął.
-... tak, Anubis III, tak jak w twoim śnie. Zdaje się, że o tę książkę chodziło.
- idziemy mu powiedzieć- zadecydowała Mer, po czym zgodnie wstaliśmy i popędziliśmy do skrzydła szpitalnego.
***
- Hick, Haddock, HICK!! - zaczęła Merida.
-halo?!- krzyknęłam.- gdzie on jest?
-przykro mi dzieci, ale nie możecie się z nim zobaczyć. - powiedziała pielęgniarka niespodziewanie materializując się za mną.
- dla czego?- spytał Jack. Pielęgniarka westchnęła.
- pogorszyło mu się, to cud, że przeżył Żmijaczkę, ale jego organizm był zbyt wycieńczony. Teraz ledwo żyje...
-mimo to- odezwał się dyrektor który obserwował tę scenę w milczeniu- powinna pani pozwolić im się zobaczyć.- powiedział z mocą. Pielęgniarka wzniosła oczy ku niebu, i gestem zaprosiła ich do łużka zasłoniętego parawanem.
-uprzedzam, że nie wolno mu się nadwyrężać- oświadczyła sucho. Jack odunął parawan.
- ile można?- mruknął zirytowany. Nasz przyjaciel znów był w śpiączce. Był blady, jego twarz miała prawie ten sam odcień co szpitalna pościel. Miał sine usta, oczy podkrążone sińcami i matowe, brązowe włosy rozsypane kaskadą wokół głowy. Chłopak dgnął, po czym niespodziewanie zerwał się z łużka i zaczął krzyczeć:
-on tu jest, przyjdzie tu wiosnął!
- stary, nie drzyj się tak bo zaraz nas ztąd wywalą! - szepnął Jack. Po chwili chłopak opadł z powrotem na poduszki. Jęknął.
- auć! Wszystko mnie boli.
- nawet lewa noga?- spytał Jack z ironią.
- tak, nawet moja lewa noga - Hick posłał mu drwiący uśmiech.
- nic dziwnego, - odezwałam się cicho- wyglądasz jak śmierć.
- czyli i tak lepiej od Jacka
- hej!- blądyn udał obrażonego. Opowiedzieliśmy mu o naszym odkryciu.
- hmm, to wszystko zaczyna układać się w logicznął całość... - mruknął brunet.
- zaczynam się bać- Jack zrobił przerażoną minę. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Co ma być to będzie...
**********
Jeju, wiem, że takie trochę dramatyczne, ale musiałam zrobić wstęp do następnych rozdziałów. Mam nadzieję że jakoś przejdzie :). A, no i jak się podoba nowy wygląd bloga? Trochę się nad tym pomęczyłam ale myślę, że warto było. Dodałam opisy postaci, spam ( tam reklamujecie się) i "zapytaj bohatera", tam w komach możecie pytać wszystkich bohaterów (także drógoplanowych) o wszystko. No, to tradycyjnie komentujcie :)











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz