sobota, 20 września 2014

Rozdział 5

Rapunzel


Odetchnęłam z ulgą dopiero gdy znalazłam się w swoim łóżku- całkowicie bezpieczna i wolna od tych wszystkich huków, jęków i skrzeków. Podziwiałam Hicka za to co zrobił z tą bestią, jednak w głowie miałam tylko jedno pytanie: skąd Hick wie jak wytresować smoka? Może to był ten jego wielki sekret, i możliwe też że to właśnie przez to stracił nogę, i dlatego nie chce o tym mówić... Żeby się przekonać trzeba będzie nakłonić go do mówienia, choć z drugiej strony moje życie wcale nie jest mniejszą tajemnicą ... Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos Annabeth:
- PUNZIE GDZIE TY BYŁAŚ?!
-ćśśśśśś, nie drzyj się tak bo cały dom obudzisz!
-sory, to w końcu powiesz mi? - wydawała się jednocześnie zła i zaciekawiona. Zrobiłam przepraszającą minę.
-przykro mi, to tajemnica.
- twoja i Jacka- zapytała złośliwie.
-nie, moja Jacka, Hiccupa i Meridy, możesz iść się pytać do nich lecz nie sądzę by cokolwiek ci powiedzieli. Jestem z Huffelpufu, i moim zadaniem jest dotrzymywać obietnic i bronić moich przyjaciół. Proszę odpuść, bo ja i tak ci tego nie powiem a ty tylko będziesz marnować czas mój i swój.
Zrobiła zawiedzioną minę, ale po jej oczach widać było, że ma zamiar ustąpić.
- Ok, przepraszam że tak na ciebie naskoczyłam.
-Oj, tam oj tam, sama chciała bym wiedzieć co robisz siedząc z Raitharem w klasie...
An, tak ją czasem nazywałam zaczerwieniła się jak burak.
-Ty nie mówisz co roisz z Hiccupem, Jackem i Meridą, ja nie mówię co robię z Raitharem.
-a szkoda...
Po piętnastu minutach nie wytrzymała i powiedziała iż "daje mu korepetycje". Miałam jednak w rażenie że dla niej to coś więcej niż tylko korki. W końcu z piaskiem na powiekach zapadłam się w poduszkę, ach była taka miękka... Czułam że odpływam.
                                                                     ********
Nagle zalazłam się na polanie. Było tam kilka nędznych kikutów drzew, nieba nie było, za miast niego nade mną wisiała czarna pustka. Trawa była zżółkła. Podeszłam do jakiegoś kopca, po czym pisnęłam. Te białe przedmioty leżące na kopcu to były... ludzkie kości. Chciałam uciec jak najdalej od tego miejsca ale moje nogi jak by wrosły w ziemię. Ze strachem zobaczyłam że zza stosu wychodzi chudy mężczyzna. Wyglądał jak facet z opisu Jacka- był ubrany na czarno, miał czarne włosy, zimne oczy i bladą cerę. Odezwał się przytłumionym głosem, jak by był w półśnie:
- Czas się bać.
Nagle dotknął moich pięknych, bląd włosów a one zrobiły się czarne jak węgiel. Po czym rozpłynął się w cieniu a ja zostałam sama.
                                                                ******
Poczułam na ramieniu rękę An, rozpaczliwie mną potrząsającą.
-Punzie, jesteś, obudź się, co się stało?- mówiła zachrypniętym głosem jak by szlochała.
- co się stało? - wyjąkałam. An uspokoiła się po czym odpowiedziała mi na pytanie:
-zaczęłaś krzyczeć przez sen, nie wiedziałyśmy co się stało, więc zaczęłyśmy cię budzić.
-miałam koszmar.
                                             
Rano poszłam do biblioteki. Gdy tylko otworzyłam drzwi zobaczyłam Jacka. Był przerażony.
-Proszę, powiedz że nie miałaś snów. - powiedział, niemal błagał.
-no, właściwie... to tak, miałam ale nie sen tylko koszmar.
Usiedliśmy do stołu razem z Hickiem i Meridą. Opowiedziałam im swój sen.
-Zaraz, a ty zkąd wiedziałeś o moim koszmarze? - zapytałam podejrzliwie Jacka.
-no bo, ja- tu się zawahał- bo ja też tam byłem, ale jako obserwator. Stałem za drzewem, nie widziałaś mnie?
-nie- przyznałam szczerze- a wy co o tym myślicie?
- no nie wiem...

Jack

Zaciekawił mnie ten sen Punzie. Widziałem i ją i Mroka, i tę scenę z kośćmi i włosami... Wzdrygnąłem się. Nie czas na takie czarne myśli... Razem z Hickiem szliśmy na stadion. Miał swój pierwszy trening. Spojrzałem na niego: był nie naturalnie blady. Pewnie jest zestresowany...
-Powodzenia.
Usiadłem na trybunach i cierpliwie czekałem aż Krukoni wyjdą z szatni. Nagle usłyszałęm głos kapitana Krukonów:
- Co ten Ślizgon tu robi, chyba nas nie szpieguje...
- Nie to mój przyjaciel- odezwał się Hick
-niech ci będzie...
Na treningu Hick dał doskonały pokaz jak nie latać na miotle. W pewnym momencie jego miotła zawisła w powietrzu, po czym zaczęła z zastraszającą prędkością obniżać swój puap: 50metrów, 40metrów, 30metrów... Dwaj ścigający natychmiast złapali go w powietrzu i odstawili na ziemię. Podbiegłem tam i pomogłem mu ustać na nogach.
- co się stało?- zapytał kapitan.
- n, nie wiem, nagle tak jak y straciłem nad sobą panowanie...
- Haddock, idź do skrzydła szpitalnego- powiedział z naciskiem, po czym wskazał na mnie niechętnie- pomożesz mu?
-jasne, Hick, choć idziemy.
Na moment przestałem go podtrzymywać, a on od razu zatoczył się i był by upadł, lecz od razu na pomoc żuciła się dróżyna. Podtrzymałem go i poprowadziłem do skrzydła szpitalnego. Gdy byliśmy już przy bramie zamku spojżałem na kumpla: ciężko dyszał, był blady jak ściana, a na skroniach miał kropelki potu.
-daleko jeszcze?- wychrypiał.
-nie, jeszcze tylko schody...
Na schodach stały dziewczyny: Merida jak by przysypiała a Punzie zawzięcie coś jej tłumaczyła. W pierwszym odruchu, gdy nas zobaczyły od razu podbiegły do nas. Gdy były około metr od nas Punzie spojżała na Hicka i bez słowa podeszła i wzięła go za rękę.
-hej co ty... -zaczęła Merida, po czym ucięła. Punzie oglądała jego lewą rękę po czym mruknęła z aprobatą. Jej twarz zastygła w ponurej sadysfakcji.
-mówiłeś że nie jest jadowity.- szepnęła.
- mały błąd, a zobacz ile kosztuje...- urwał. Oczy potoczyły mu się wgłąb czaszki i znieruchomiał.
-lepiej zanieśmy go do pielęgniarki.
Merida wzięła go za jego prawe ramię i powlekliśmy się do skrzydła szpitalnego.
-słucham, co się stało?- zapytała pielęgniarka. Była to starsza kobieta, miała miłą, lecz nie zapadającą w pamięć twarz, siwe loki i duże, szare oczy. Bez słowa wskazałem na Hicka. Jej oczy nienaturalnie rozszerzyły się. Z kamienną twarzą powiedziała:
-szybko, tu liczy się każda minuta.
Położyliśmy go na łóżku, a pielęgniarka mierzyła mu temperaturę. Nagle otworzył oczy i z trudnością skupił wzrok na mnie.
-dzięki- wychrypiał. Sprubował się uśmiechnąć lecz zamiast tego wyszedł mu bolesny grymas. Pielęgniarka zacmokała.
- Mój drogi, nabawiłeś się Żmijaczki... Spróbuj wstać.
Powoli podniósł się z łóżka. Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Uśmiechnął się i przemówił przytłumionym głosem, jak by był pijany:
-Czuję się świetnie.
Po czym nogi odmówiły mu posłuszeństwa i osunął się na ziemię z głuchym łoskotem. Najwyraźniej nie mógł wydobyć z siebie głosu więc zaczął gestykulować. Jakimś cudem zrozumiałem. Jak w transie podszedłem do oliwkowej komody i zajżałem do trzeciej szuflady. Były tam eliksiry, pigułki i inne dziwnie wyglądające rzeczy. Mnie jednak chodziło o coś innego.

Merida

Od momentu gdy spotkałyśmy chłopców wszystko było jak by nie realne. Umierający Hick? Nie, to nie mogła być prawda. A może... Jack podszedł do drewnianej komody i wyjął z niej nie dużą strzykawkę. Pielęgniarka szepnęła:
-a może ziemniak...
Hick zaczął gestykulować a Jack po chwili wachania wbił mu strzykawkę w udo. Chłopak jęknął lecz po chwili jego mięśnie się rozluźniły i zemdlał. Higienistka spojżała na niebieskookiego z podziwem:
- z kąd wiedziałeś, że lekarstwem na jad Żmijaczka jest sok z ziemniaka[1]?
- yyyy, no jakoś tak dziwnie zrozumiałem te gesty które pokazywał Hick.
Higienistka odetchnęła z ulgą.
-no dobrze, a teraz odejdźcie, on potrzebuje spokoju.

                                                                               ******
Ta-dam!!! Rozdział 5 gotowy. Mam nadzieję, że jest wystarczająco dobre. Wiem, ze się nie popisałam ale przeżywam teraz "trudniejszy okres". Proszę komentujcie, zależy mi na tym żeby zobaczyć ile osób czyta moje opowiadania. Komentarze można wstawiać jako anonim. I to chyba tyle, a tu troszkę zdjęć:

To zdjęcie mnie zszokowało 0.o




















wiem, że nie mam talentu ale ten sama narysowałam XD, mam nadzieję że jest w miarę znośny :)


2 komentarze:

  1. Nie mogę doczekać się dalszych rozdziałów.
    Weny życze

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wreszcie 5 roździał. Ni emoge doczekać się kolejnego ;)/ twoja wieczna fanka number one.

    OdpowiedzUsuń