czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 11 Przebojowy Pocałunek

Hiccup



Wylosował mnie... Jack. wytrzeszczyłem oczy. On również nie wyglądał na zachwyconego. Ok, trzeba coś wymyślić bo dojdzie do tragedii. Hmm, nie można wymigać się od zasad, więc co dalej. Myśl! Mam! Opłaca się myśleć. Od razu rozwiewam wątpliwości: nie zamienię go ponownie w ananasa! Większość obecnych zaczęła skandować
- ZRÓB TO, ZRÓB TO!
- ok, ale jest jeden warunek -powiedział Jack. -zasłonimy Meridzie oczy.
- co?! Niee.- zaczęła protestować. Mnie to pasuje, gdy by Mer to widziała, nie mieli byśmy życia w tej szkole.
- cohorius- jeden z piątoklasistów wycelował różdżkę w rudą. Na jej oczach zmaterializowała się czarna opaska.
- nie! Ja chcę to zobaczyć!- wrzeszczała.
Jack zrobił krzywy dzióbek i gdy jego usta były kilka centymetrów od mojego policzka sięgnąłem po pierwszą lepszą rzecz leżącą w zasięgu mojej ręki i przystawiłem ją do ust Jacka. Rozległo się głośne cmoknięcie i ogólny śmiech. "Tajemniczym mysim sprzętem" (wicie o co chodzi, o ten mysi sprzęt z tej kreskówki, dop. autorki) okazał się być nadpalony "Prorok Codzienny". I tak o to Jack zrobił z siebie idiotę drugi raz w ciągu półtorej godziny. Pozazdrościć. Dla mnie i Punz balanga skończyła się pięć minut później. Gdy w końcu dowlokłem się do Ravenclawu, padłem na łóżko. Przez jakieś pięć do dziesięciu minut leżałem w ciemności rozkoszując się świętym spokojem. Naraz wszedł Nico. Obrzucił mnie spojrzeniem i powiedział:
- było aż tak źle?
- nie, co ty. Transmutowałem Jacka w ananasa, patrzyłem na schlanych Gryfonów i musiałem tam siedzieć. Było super.
- eh, może to poprawi ci humor. - mówiąc to rzucił mi na łóżko jakiś kolorowy magazyn. Wystarczyło obrzucić go spojrzeniem by zorientować się, że to mugolskie pismo- zdjęcia były nieruchome.
- a po co mi to? Wiesz, ze ja nie lubię tego badziewia.
- otwórz na stronie dwunastej i trzydziestej siódmej. A, no i nie obrazisz się na mnie jeśli pożyczę od ciebie jakąś książkę?
- nie, nie bież jaką tylko chcesz.
Nico wziął Jak wyhodować smoka,  a ja zacząłem czytać. Odnalazłem stronę dwunastą.

Najświeższe fakty.
W pewnej miejscowości było włamanie. Złodziej nie chcąc by mieszkańcy go rozpoznali zdjął okulary i tak zakamuflowany włamał się do domu sąsiadów. Niestety, bez okularów źle widział i pod czas ucieczki uderzył się o ścianę, po czym stracił przytomność. Najdziwniejszy był cel włamania. Włamywacz wykrzykiwał coś o niejakiej "Księdze Tenebrisa".
Księga Tenebrisa... Gdzie ja to słyszałem? Zgodnie z wskazówkami kumpla otworzyłem na stronie trzydziestej siódmej. Wytrzeszczyłem oczy na widok gryzącego oczy nagłówka "Czy Smoki istniały?" Dobrnąłem do trzeciej linijki a potem (pewnie z nudów) tak jakoś dziwnie moja głowa zaczęła opadać na ramę, po czym odpłynąłem w objęcia Morfeusza.
                                                                   Muzyka do tekstu: 
* * * * * *

Stałem na łące, obok Szczerbatka tarzającego się w trawie wyższej ode mnie. Nagle smok zwrócił na mnie wzrok i przemówił ochrypłym głosem.
- wiosna. Bądźcie gotowi na wiosnę. To się stanie wiosną.
yyyy, przed czym on mnie ostrzega? Przed zabójczymi dzięciołami? A może przed morderczą stokrotką?
Znalazłem się w wirze głosów i barw. Szeptały: zobacz nas, pamiętaj o nas, dołącz do nas. Zawsze uznawałem Greków za świrów. Teraz odwołuję wszystko. Może nie byli wcale tacy głupi. Według mnie te głosy przypominają Łąki Asfodelowe- setki dusz błąkających się bez sensu, z jednym pragnieniem : pamiętania ich. Tak pewnie wyglądało by przejście przez takowe łąki. Przykre.  Wylądowałem w cieniu jakiegoś drzewa. Obok mnie stała Astrid. Normalnie, gdy mam jakiś sen inni ludzie nie zwracają na mnie uwagi. Nagle Astrid odwróciła się w moją stronę po czym zamachnęła się na mnie pięścią i krzyknęła:
- Hiccup! Co ty u robisz?!
Zebrałem się z ziemi klnąc pod nosem.
- śpię!
- miło wiedzieć.
- co my tu robimy? -spytałem.
- ja mam wiedzieć?! Nie jestem wróżką!
- wiesz- zacząłem, uśmiechając się pod nosem- jesteś czarownicą, a to prawie to samo.
- jesteś czarodziejem, to prawie to samo -odgryzła się.
- czarownica ma bliżej do wróżki!- zaprzeczyłem. -po za tym czy ja ci cholera jasna wyglądam na wróżkę?!
- wieeeeesz...
- nie wiem i nie chcę się dowiedzieć.
- to co robimy?
- nie wiem. Może się przejdziemy?
Idiota. Jestem idiotą. Lądujemy razem w jakimś popieprzonym śnie, nie wiedząc o co chodzi a ja wyjeżdżam z tekstem "może się przejdziemy?". Idiota.
-niech będzie.
I wszystko zawirowało ponownie a my znaleźliśmy się w jakimś ciemnym pokoju. Poznałem go natychmiast. Był to mój pokój z dziecięcych lat. Średniej wielkości pomieszczenie, meble z jasnego drewna, okno na dachu, mała, płonąca świeczka z wesoło chyboczącym płomyczkiem i tablica z mnóstwem rysunków nadawały pomieszczeniu przyjemny nastrój. A przy tym ten zapach... mieszanina jaśminu i cynamonu. Odetchnąłem jeszcze raz z lubością wdychając mieszaninę uspokajających zapachów. Powoli, jak w transie podszedłem do tablicy z rysunkami i melancholijnie dotknąłem największego z nich. Przedstawiał on małego, chudego bruneta. Obok stał tęgi mężczyzna z pokaźną rudą brodą. Po prawej stronie chłopca uśmiechała się szczupła kobieta, o uderzająco zielonych oczach i brązowych włosach, spiętych w dwa warkocze. Mama. Wtem drzwi się otworzyły i do pokoju weszła owa kobieta z rysunku niosąc na rękach sześcioletniego chłopca. Gdy tylko spróbowała położyć go do łóżeczka ten zaczął krzyczeć:
-nie nie nie! Ja się nie zgadzam! Ja ciem bajkem!
- a może być kołysanka? -spytała z uśmiechem. Oczy chłopca rozszerzyły się i błyszczały ze szczęścia.
- tak!
Kobieta zaczęła śpiewać.
- are you are you coming to the tree 
they strung up a man
they say who mourder three
strange thinks did  happend here, no stranger would it be
if wee meet a meandingnight in the hanging tree
- jeszcze!
- niech ci będzie, ale to już ostatnia.
- dobrze, tylko zaśpiewaj!
- Śpij już maluchu, śpij już śpij
Bo zły smok przyjdzie i zabawkę zabierze ci
A gdy twój wróg usłyszy szloch
To zetrze ci kości całkowicie w proch
Ja obiecuję, jeśli położysz się
we śnie będziesz mieczykami bawić się.
Wiem, kołysanka jest koszmarna ale weźcie pod uwagę, że jesteśmy odizolowanymi od świata wikingami. Doskonale to pamiętałem. Chłopiec zasnął a jego matka wyszła. Usłyszałem za sobą zgrzyt i w tym samym momencie malec obudził się. Po ścianach przebiegł czarny cień. Mały ja schował się pod kołdrą ze strachu przed stworem. Nic dziwnego, w tym dniu usłyszałem od wujka Pyskacza przejmującą historię o trollach i jamniko-elfach. Pamiętam też, że od tego wieczoru cień przychodził co noc. To było straszne.

Merida

Chyba właśnie pobiliśmy rekord. Jest dziewiąta rano a my uciekamy przed naszym woźnym, Alabastrem. Tak dla wyjaśnienia: Alabaster Pryze, wiekowy woźny który za punkt honoru postawił sobie wyrzucenie wszystkich uczniów z Hogwartu. Przeuroczy staruszek. Tak czy siak wracamy do naszych "Igrzysk Śmierci z woźnym w roli głównej" (nie mam zamiaru obrażać fanów Igrzysk, sama jestem trybutką z dystryktu 2 dop. autorki). Stary Alcio, jak nazywają go uczniowie, goni nas za "przypadkowe" wyrzucenie łajnobomb na jego ulubione środki czystości (Pani Fluwell "Żyj czysto przez cały dzień"). Teraz we czwórkę roztrącaliśmy zdezorientowanych uczniów co jakiś czas sapiąc i przeklinając w biegu. Ach, te szkolne lata! W końcu zatrzymaliśmy się przy jakimś tajnym przejściu o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Wydyszałam:
- "chodźcie, obrzucimy woźnego łajnobombami" mówili -zaczęłam przedrzeźniać Jacka- "Będzie fajnie" mówili!"
Jack wzniósł ręce w obronnym geście.
- Nie wiń mnie. Ja jestem niewinny.
Hick prychnął.
- jak zawsze! "To nie moja wina pani Profesor" "To nie ja podpaliłem kolegę pani profesor" "to nie ja złamałem rękę Raytharowi" "nic nie jest moją winą"
- jak ty mnie dobrze znasz!- westchnął Ślizgon. Obrzuciłam go krytycznym spojrzeniem. Jest grudzień! Cieszmy się i radujmy albowiem nie długo Święta!
- co teraz? -spytała Punz.
- jak to co? Idziemy do starego Alcia i " w prezęcie" dajemy mu jeszcze jedną łajnobombę!
-wal się.
Iz tymi jakże motywującymi słowami na ustach pociągnęłam Hicka za jedem rękaw, Punz za drugi i wywlokłam ich z korytarza. Jack pobiegł za nami i z uśmiechem a'la "pozabijam wszystkich jeśli w moje ręce wpadnie jakieś zabłąkane ostre narzędzie, takie jak nożyczki". Mówiłam już jak bardzo nie cierpię tego gościa?
- ok, ja spadam. Jutro z samego rana mam sprawdzian z Historii magii. - powiedział Hick.
- nie rozśmieszaj mnie! Olewasz naukę a i tak lecisz na samych "P"*!
- co?! Ja nie olewam nauki- zaprzeczył brunet.
- olewasz, olewasz! Włóczysz się z nami czyli olewasz! - mruknął Jack.
-ok, ja idę zdrzemnąć się, no wiecie, sen dla urody - rzuciłam odchodząc.
- jakiej urody? -zawołał za mną Jack. Wyjęłam z kieszeni pierwszą lepszą rzecz i rzuciłam w niego.
Ową morderczą rzeczą okazał się być "Prorok Codzienny". A, właśnie, musicie wiedzieć, że Jack panicznie boi się prasy. Według oficjalnej wersji nie lubi gazet odkąd zmuszony został do pocałowania nadpalonej gazety. Ja uważam, że jest zbyt głupi by czytać. W każdym razie jedno z dwóch. Powlokłam się do dormitorium, gdzie wyjęłam książkę od eliksirów i zaczęłam, jak to się wśród mugoli mówi "czytać obrazki". Tak pewnie uczy się Frost. Moja dzika wyobraźnia przeniosła mnie dormitorium Ślizgonów (żeby nie było, ja je sobie tak wyobrażam). Duże, kamienne lochy, oświetlone kilkoma świecami. Obstawione narzędziami tortur. I taki Jack stojący przy jakimś strasznym urządzeniu, jedną ręką trzymający dźwignię rozciągacza a w drugiej dzierżący książkę. I tak by mamrotał: "Ja być jaskiniowiec. Ja nie understendać obrazki. To być za trudne dla mały móżdżek Jacka". Zachichotałam pod nosem. Zdecydowanie mam zbyt bujną wyobraźnię.
- z czego się śmiejesz? -spytała Astrid z sąsiedniego łóżka.
- z Frosta i jego narzędzi tortur
- CO?! Jakich narzędzi tortur? Czy ja o czymś nie wiem?
Opowiedziałam jej ze wszystkimi szczegółami, jak to sobie Merida wyobraża naukę w stylu Jacka Frosta.
Po chwili obie rechotałyśmy jak wariatki. Oczywiście Astrid dodała kilka szczegółów, takich jak: różowe, puchate bokserki, papiloty na jego białych włosach i cebula na oczach.
- z kim mamy test z eliksirów?
- z Puchonami.
-ooo- jęknęłam- a już myślałam, że będę mogła ściągać od Hicka!
Cóż, Life is brutal. Jak na zawołanie Astrid zawołała:
- Life is brutal.
- and ful of zasadzkas
- and sometimes takes kopas w dupas.
I znowu zaczęłyśmy się śmiać jak wariatki. O, tak wygląda Gryfońska nauka. Będą szóstki jak nic. Jesteśmy zwycięzcami. Kaboom!

Jack

Dziwna wariatka! Szjbuska! Świruska! Oszołom! Myślałem. I żeby nie było, nie mówię tu o Meridzie! Ale zacznijmy od początku.
                                                                     * * * * *
Szedłem sobie spokojnie do dormitorium, a tu nagle jakaś blondynka wyskakuje z za rogu i krzyczy:
- Ty dupku! To ty wrzuciłeś tego niuchacza** do dormitorium drugiej klasy!
Jednocześnie złapała mnie zimnymi rękoma za szyję i przystawiła różdżkę do skroni.
- nie to nie ja! To ten Gryfon, jak mu tam... Smith, nieee! Stowell!
- aa, no tak, przepraszam.- zmieszała się.
Zanim ugryzłem się w język zdążyłem krzyknąć:
- hej! Jak się nazywasz?!
Ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała, na tyle cicho bym tylko ja mógł to usłyszeć.
- Elsa. A ty?
- Jack.

                                                           * * * * * * * *

Teraz pluję sobie w brodę, że nie użyłem wobec niej niesławnego oszałamiacza. A podobno Krukoni są mądrzy... No chyba była z Ravenclawu, tak czy siak jej krawat był takiego samego koloru co krawat Hicka. W każdym razie, gdy by była mądra, wiedziała by, że nie przydusza się przypadkowo spotkanych ludzi. Usłyszałem bełkot Flynna. Od ostatniej imprezy nie może wytrzeźwieć i cały czas mamrocze teksty w stylu "Uwolnić Orkę" "Jam jest Jack Sparrow" albo "oszołomie daj ciasta". Obecnie mruczał coś o " zabójczych frytkach". Sięgnąłem do kieszeni. Są. Chodzi mi o takie małe, różowe gumeczki recepturki, takie z których mugolskie dziewczyny robią te wisiorki i tym-podobne-paskudztwa-których-Jack-nie-znosi . Teraz mogą się przydać. Wziąłem kilka owych narzędzi tortur i zacząłem wiązać Flynnowi kucyki na głowie nucąc przy tym Summertime. Voila (czyt. wuala). Flyn miał całą głowę w różowych gumeczkach i kucykach, tak, że wyglądał jak jakiś popaprany jednorożec. Nagle wstał i z diabelskim uśmiechem oświadczył:
- mam pomysł.
- boję się.
- i słusznie.
Tym pomysłem okazało się wbieganie i zjeżdżanie po schodach. No, bo schody w dormitoriach damskich mają taką dziwaczną właściwość, że gdy wchodzą na nie chłopcy zmieniają się w zjeżdżalnię. Więc inteligentny wielce Flynn wymyślił zawody "kto wbiegnie najwyżej nie wypieprzając (przepraszam za słowo dop. autorki)  się przy tym". Ja osobiście zaliczyłem glebę w połowie i zjechałem pod nogi rechoczącego Flynna. Bosko. Po jakiś pięciu do dziesięciu minut przyszedł prefekt, ale zamiast zwyzywać nas, zaczął zjeżdżać z nami. Kocham ten dom! Samowolka! Niech żyje wolność i swoboda, niech żyje zabawa i zjeżdżalnia nie zepsuta! W końcu przyszła opiekunka i oświadczyła że albo się przymkniemy albo wlepi nam taki szlaban że do końca roku nie wymówimy słowa "zjeżdżalnia". Powlokłem się do dormitorium zakuwać na historię magii. Nie żeby to coś dało.


Rapunzel


Zaczytana. To dobre określenie. Powiedzmy, że robię kilka rzeczy na raz: czytam, odpędzam stopą Pascala a  An maluje mi paznokcie. Właśnie doszłam do akapitu o Heldze Hufflepuff.

Helga pochodziła z dolin Walii. Była wielką przyjaciółką Roweny Ravenclaw. Dla Roweny liczyła się inteligencja, dla Godryka odwaga, a dla Salazara ambitność. Hufflepuff ogłosiła, że przyjmie do swojego domu wszystkich. Tak się też stało. Jedynej cechy, której wyraźnie nienawidziła Helga było lenistwo. Helga była dobra z zaklęć gastronomicznych i dotyczących jedzenia. Jej przepisy nadal są stosowane w Hogwarcie. Hufflepuff za czasów swojego uczenia i pobytu w szkole stanowiła dużą konkurencje dla skrzatów domowych.
Chciała bym taka być. Pracowita, pomocna, uczynna i dobra. O, teraz akapit o Rovenie Ravenclaw.

Rowena Ravenclaw — jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu. Właścicielka legendarnego diademu, obdarzającego niezwykłą mądrością. Postanowiła, że do swojego domu przyjmować będzie wyłącznie osoby bystre i inteligentne,gdyż  sama taka była. Rowena pochodzila ze Szkocji, żyła w okresie średniowiecza. Założyła Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie razem z Godrykiem Gryffindorem, Helgą Hufflepuff, oraz Salazarem Slytherinem. Miała córkę Helenę. Rowena zmarła umierając na śmiertelną chorobę. Ravenclaw była serdeczną koleżanką Helgi Hufflepuff. Możliwe, że kupiła swoją różdżkę w sklepie Ollivanderów, którzy swoją działalność rozpoczęli w 382 r. p.n.e. Popularna teoria głosi, że to Ravenclaw wybrała miejsce położenia Hogwartu, czyli jej rodzinne strony.


Jest jeszcze jeden tekst, pomyślałam. W istocie był i przeczytała bym go, gdy by nie krzyk
Annabeth.
- Punz! Ten jaszczur niszczy mi lakiery!
Pascal, zadowolony z siebie i cały uwalonymi różnymi odcieniami błękitu skakał od flakonu do flakonu tłukąc co się da. Dobrze, że nikt inny tego nie widział, bo ten dowcip czarodzieje opowiadali by sobie do końca Hogwartu: Jak długo dwie Puchonki mogą łapać jednego kameleona? To proste, w nieskończoność bo kameleon jest szybszy i bystrzejszy od nich. Koń by się uśmiał.
- nieee- jęknęłam.
- co? -spytała An, próbując posklejać zaklęciami butelki po lakierach. Bez skutku.
- nie mam książki, muszę iść po "Eliksiry dla młokosów".
Dziarskim krokiem ruszyłam do biblioteki. Zjechałam po kilku poręczach i w jakieś dziesięć minut byłam w bibliotece.
- dzień dobry, gdzie są książki o eliksirach?
-po prawej, i jeśli którąś zniszczysz...
- tak, tak, wiem, śmierć przez powieszenie.

Szybko podeszłąm do wskazanego przez bibliotekarkę regału i zaczęłam szperać. Eliksiry dla mózgowców - za trudne. eliksiry dla debla, czyli książka do korepetycji - za łatwe. Znalazłam! Hurra, cała noc nauki przede mną. Pozazdrościć.


* * * * * * 
Uwielbiam was! Kocham was! Po prostu poprzytulała bym wszystkich i każdego z osobna. 1900 wyświetleń *,*. Myślałam że tyle nie będzie przez cały rok a tu proszę! Kocham was! Z okazji 1900 wyświetleń możemy zrobić jakiś konkurs albo jakieś miniaturki. Piszcie w komach co chcecie. Jeszcze raz dziękuję. Czy są tu jacyś fani Perciego Jacksona? Jeśli tak, pisać w komach z jakich jesteście domków. Ja jestem z 13-tki (od Hadesa). Czytał ktoś może Krew Olimpu? Polecam. Świetna książka. Najlepszy moment- Valdezinator. Dobra, dobra, nie będę dawać wam spoilerów. Głosujcie w ankietach i prooooosze komętujcie. 
Cristal





 best patronus ever *,*



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz