piątek, 12 września 2014

Rozdział 4

Merida

Następne tygodnie minęły tak szybko, że nawet nie zauważyłam że jest 30 września. No, może jeden dzień utkwił w mojej pamięci.
                          *****
Drugiego  dnia, pierwszą mieliśmy ONMS razem z Krukonami. Gdy tylko weszliśmy na błonia zobaczyłam Krukonów zbitych w ciasną grupkę. Po środku stał Hick. Pomachałam mu jednak on w osłupieniu przyglądał się Astrid. Zerknęłam na przyjaciółkę i doznałam szoku gdy zobaczyłam że ona również patrzy się na mojego kumpla. Z tą jednak różnicą ze Hick wyglądał jak by Boże Narodzenie miało zacząć się cztery miesiące wcześniej. Przez twarz Astrid przemknęły po kolei radość, nie dowierzanie i wściekłość aż w końcu ustąpiły miejsca masce spokoju. Podeszłyśmy do niego, ona z kamienną twarzą, a ja wstrzymałam oddech. I nagle stały się dwie rzeczy: Astrid zamierzyła się i dała brunetowi cios w policzek, zaraz potem łzy wściekłości napłynęły jej do oczu i wycedziła przez zęby:
- ty idioto, czemu mi nie powiedziałeś, że jedziesz do Hogwartu?- po czym rzuciła mu się na szyję. Scenie tej przyglądali się wszyscy Krudoni i Gyfoni. Kątem oka zobaczyłam, że ten czarno-włosy kolega Hicka puszcza do niego oko. Po kilku minutach Astrid oderwała się od niego, i powiedziała pociągając nosem:
-Przepraszam Hiccup, ja... ja nie wiem co mnie napadło...
-Nie przejmuj się, każdemu czasem zdarza się mnie uderzyć w twarz- mówiąc to pocierał sobie policzek z odciśniętą czerwoną dłonią- a potem tulić przez pięć minut.
- Dzięki- powiedziała z uśmiechem.
*****
Nagle usłyszałam dzwonek. Hurra, skończyła się ostatnia lekcja. Wybiegłam na dziedziniec. Przy fontannie czekali na mnie Hick, Jack, Astrid i Punzie. Zauważyłam, że Astrid nie odstępuje Hicka na krok. Gołym okiem było widać, że są ze sobą zżyci i wiele razem przeżyli. Jack lubił sobie z nich żartować, mówiąc, że są parą. Jednak gdy tylko wypowiadał się na ten temat dostawał kuskańca od Astrid gdyż Hick zbyt dobrze go znał by zawracać sobie nim głowę, słowem był zbyt uparty. Hick był zdenerwowany, Punzie i Astrid zaciekawione a Jack, jakby... spięty.Poszliśmy obserwować kastingi do drużyny Krukonów, Hick chciał być szukającym. Gdy dotarliśmy na stadion opadła mi szczęka. Trzy słupki bramkowe wyglądały troszkę jak patyczki do robienia baniek, z tą jednak różnicą, że te tutaj miały przynajmniej 15 metrów. Stadion był podzielony na pięć kolorowych sektorów, niebieski dla Krukonów, zielony dla Ślizgonów, czerwony dla Gryfonów, żółty dla Puchonów i srebrny dla nauczycieli.  Boisko miało przynajmniej 50 metrów szerokości.

-no, to cześć, spotkamy się później...- powiedział. Jego twarz był blada jak mleko w proszku.
-powodzenia. - powiedziała Astrid, i zrobiła coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewała. Wspięła się na palce i pocałowała szatyna w policzek, po czym zaczerwieniła się i wydukała:
- na szczęście.
- dzięki, to co, jeszcze jeden na to żebym nie spadł z miotły?
-jeśli się dostaniesz, to w tedy pogadamy- powiedziała z uśmiechem, po czym pociągnęła mnie za szatę i poszłyśmy na trybuny. Kątem oka dostrzegłam, ze Jack jest nadąsany. Cóż, pewnie przywykł do tego, że to on jest zawsze w centrum uwagi. Posłałam mu kpiący uśmiech. Zbliżył się i szepną mi do ucha:
- wieczorem spotkamy się w bibliotece.
- co zazdrosny? - posłał mi spojrzenie z pode łba.
- nie, coś ty, to coś poważniejszego, i powiedz o tym Punzie. - doznałąm szoku gdy zobaczyłam powagę w jego oczach. Zajęliśmy miejsca w sektorze Krukonów i patrzyliśmy na ścigających. Po nich nadeszła kolei na pałkarzy, a po nich na bramkarzy. W końcu zostali tylko szukający. Wyczytywano ich według listy. W końcu wywołali Hicka. Z tą nogą chyba daleko nie poleci.
-o, jest naprawdę dobry- powiedział Jack, jak by czytał mi w myślach- lata jak mistrz.
Brunet dosiadł szkolnego Zamiatacza III i odbił się od ziemi. Kapitan rzucił mu dziesięć piłek golfowych- chłopak wyłapał wszystkie.
-ZAMKNĄĆ SIĘ!!!- ryknął kapitan Krukonów- Czytam skład: ścigający: Evana Davies, Martin Dominguez i ja! Pałkarze: Marcus McMarty i Andrew Knox. Obrońca: Lucy Morgan. Szukający: Hiccup Haddock! Dzięki, spotykamy się w czwartek za tydzień!
Po zakończeniu gratulowaliśmy Hicowi, a Jack powtórzył mu termin naszego "tajnego" zebrania.

                             Jack

Gdy dotarliśmy do zamku pożegnaliśmy Astrid która nagle spotkała jakąś swoją koleżankę, a my powlekliśmy się do biblioteki. Rozmyślałem o moim śnie.

                                                                     *****
Stałem samotnie w lesie. Nagle zza drzew wyłonił się czarny koń. Nigdy nie bałem się koni, ale ten mnie przeraził. Był czarny, jak by z piasku, z pod  skóry wystawały mu wszystkie żebra.  Zacząłem uciekać, a zwierzę jakby czując moje przerażenie zaczęło mnie gonić. Biegłem przez las i słyszałem jak ściga mnie już nie jedno ale stado koszmarów. Potknąłem się i upadłem. Gdy byłem pewny że zwierzęta mnie stratują zatrzymały się a z pomiędzy nich wyszła postać tak mroczna i przepastna, że po raz pierwszy zrozumiałem pojęcie "ciemność". Był to mężczyzna o cerze tak bladej, że zdawała się być biała, ba bielsza nawet od nagiej czaszki. Włosy miał czarne tak samo oczy. Na jego bladej twarzy gościł spokojny uśmiech byłem jednak pewny, że ów mężczyzna mógł by patrzeć na śmierć setek ludzi a ten uśmieszek nie zniknął by z jego twarzy.  Przemówił  głosem miękkim jak wyściółka trumny:
- To jest przegrana bitwa-w końcu odważyłem się spojrzeć mu prosto w oczy. Obrazu ogarnęło mnie poczucie pustki i beznadziejności. I znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Stałem przed jakimś do polowy wyburzonym budynkiem. Na ścianie wydrapane były jakieś napisy. Zbliżyłem się na pięć metrów i zdołałem odczytać:

N.dA
Zakazany Las
DRACO
                               Anubis III                            

 *******
Z rozmyślań wyrwał mnie głos Punzie.
- to jesteśmy,  który bierzemy stolik? 
Usiedliśmy przy stoliku stojącym po środku biblioteki.
- ok, panie przystojny- powiedziała Merida- po co tu jesteśmy, jest piątek, a ja powinnam teraz podkładać woźnemu łajnobomby !
-słuchajcie, miałem sen, powinniście go posłuchać.- i opowiedziałem im swój sen ze wszystkimi szczegółami. po chwili milczenia odezwał sił Hick.
- hmmm, myślę, że nie długo dowiemy się co znaczył ten sen. Sam często mam podobne wizje, -nagle  wzdrygnął się-tyle ze nie widziałem w nich tych napisów.
Przez chwilę zapragnąłem dowiedzieć się jakie są sny szatyna.
- jedno jest jasne- zwróciłem się do reszty- tu chodzi o coś związanego z Zakazanym Lasem.
- nie bądźmy zbyt pochopni- odezwała się ruda-  to może być zasadzka, proponuje się z tym wstrzymać.
- myślę, że masz rację- wtrącił powoli Hick- najpierw dowiedzmy się  czegoś o tej postaci. Choć z drogiej strony... ten las wydaje się na razie jedyną alternatywą...
-czyli idziemy do lasu- podsumowała uśmiechnięta Punzie- pytanie tylko kiedy...
- proponuje jutro wieczorem- zniżyłem głos do szeptu,tak, że musieli się nachylić by mnie usłyszeć-im szybciej tym lepiej, po za tym mam pewien przedmiot który by nam pomógł...
- to załatwione, jutro wieczorem idziemy do lasu, a ty pokażesz nam ten swój fantastyczny przedmiot- Powiedziała ruda. Z jej tonu  wywnioskowałem ze jest sceptycznie nastawiona do naszej wyprawy. Ach, czy w ekspresie Hogwart-Londyn nie mogliśmy z Hickiem wsiąść do innego przedziału? Czy musiałem spotkać na swojej drodze ta ruda pesymistkę? Coś czuję że będę przeklinał ten dzień przez wiele lat...

Rapunzel

Następnego dnia z niecierpliwością wyczekiwałam wieczoru. Całą sobotę przesiedziałam w dormitorium z Annabeth. Moja przyjaciółka żartowała sobie ze mnie, że poza moimi przyjaciółmi świata nie widzę.
- oj, no nie zostawiaj mnie wieczorem- zrzędziła- oj, no weś mnie nie zostawiaj... Proooszę... oj, no niech ci będzie! 
O 20.30 chyłkiem wyślizgnęłam się z Pokoju wspólnego i udałam się na dziedziniec. Przed fontanną czekali Hick i Merida.
- Gdzie ten głupek! Już dawno powinien tu być, jeszcze ktoś nas nakryje! - krzyknęła ruda z flustracją.
-Jestem, jestem!- zobaczyłam zasapanego Ślizgona. Biegł do nas... zaraz nie widziałam jego tułowia.
- jak... co to... - wydukałam.
-peleryna niewidka- odrzekł z dumą.- no właźcie! 
Z łatwością wcisnęliśmy się we czwórkę pod pelerynę. 
-ok, ruszamy! - powiedział podekscytowany Hiccup- lumos!
Koniec jego różdżki zaświecił się mocnym światłem. Szliśmy w milczeniu. W końcu stanęliśmy na skraju
lasu.
- Rozmawiałam z prefektem Gryffindoru- zaczęła Merida- mówiła mi, że tylko wariat wchodził by po zmroku do lasu...
-no! to my się nadajemy!- przerwał Jack i wyszczerzył zęby.
-... bo w lesie roi się od niebezpiecznych stworzeń...
- podobno można tam spotkać nanosmoki, szeptozgony albo i nawet same drzewokosy!- Hick wydawał się być podekscytowany do granic możliwości.
-... więc trzeba trzymać się ścieżki! - dokończyła wściekła.
Jack zciągną z nas pelerynę po czym schował ją pod płaszcz tłumacząc się tym, że "w lesie nie będzie nam potrzebna". Przeszliśmy około 200 metrów gdy w trawie obok mnie coś zaszeleściło. Zapiszczałam i jak poparzona odskoczyłam od tamtego miejsca. Hick cicho się zaśmiał po czym spokojnie odgarnął liście i ujrzeliśmy żółtego smoczka. Miał nie więcej niż 5 centymetrów. Nagle dostrzegłam jeszcze jeden detal: na końcu ogona miał strzałkę. Hick zbilrzył rękę do smoka a ten natychmiast zawarczał odsłaniając żąd igiełkowatych ząbków.
-odejdźcie! Jest przestraszony.
-yyy, lepiej do niego nie podchodź... stary, słuchasz mnie?- Jack zrobił wielkie oczy gdy Hick wystawił rękę a smoczek natychmiast na nią wskoczył. Zobaczyłam że jego ogon zadrasnął Hickowi rękę.
- yyyy, Hick, czy ten smoczek nie jest przypadkiem jadowity? - zapytałam niepewnie.
- Nie, to żółtaczek z gatunku nanosmoków. - gdy smok zbliżył się do rękawa z małej szpary wyskoczyła czarna jak węgiel jaszczurka. Miała skrzydła przypominające skrzydła nietoperza, owalną głowę i inteligentne, zielone oczy.
- No, i wyszła furia z worka, di immortales-zaklął chłopak, po czym zwrócił się do smoka- Spokojnie przyjacielu, on chce nas lubić.
Smok jak na komendę przestał warczeć i przyglądał się nam z uprzejmym zdziwieniem. Pierwsza odezwała się Merida:
-co... Hiccup, CO TO JEST?!
-To jest Szczerbatek, jest lekko pomniejszoną zaklęciem Nocną Furią.
Staliśmy w osłupieniu, po czym szatyn wypuścił smoka i poszliśmy dalej.
- Jak to się stało, że no... że wytresowałeś smoka?
-to długa historia, może kiedyś wam opowiem...
Nagle ciszę przerwał wściekły ryk. Najgorsze było to, ze ów ryk dochodził z za pagórka. Wstrzymałam oddech po czym cicho jęknęłam. Z za wzgórza wypełzł ogromny szarozielony gad. Jego ciało zbudowane było tak jak ciało węża: duża głowa i długi tułów. Oprócz tego cały pokryty był kolcami. Na głowie miał ozdobną kryzę z kometrowych, czerwonych kolców. Z paszczy wystawały rzędy ostrych kłów. Na grzbiecie był błotnistoszary, a na brzuchu jasnozielony. Jednak tym co mnie wstrząsnęło były jego oczy- błyskały białkami bez źrenic.

Hick zaklął tak, że aż zatkałam dłoniął usta.
- Cholera, Szeptozgon, czy to zawsze musi być szepcząca śmierć?- wymamrotał, po czym powoli podszedł do smoka. My instynktownie się odsunęliśmy. Chłopak podszedł do bestii powoli, po czym zamknął oczy i wyciągną w jej kierunku rękę. Ku mojemu zdziwieniu smok również zamknął ślepia i przytknął swój pysk do ręki Hicka. Szatyn spojrzał na smoka, po czym spokojnie przemówił:
-Hej, będę cię nazywał Szept? Pasuje ci to co? - Mówiąc to wziął chustkę i włożył mu rękę do paszczy.
- Hiccup, czy do reszty ci odbiło- zapytała Merida głosem o oktawę wyższym niż zwykle.
Chłopak ją zignorował i zaczął polerować zęby bestii. Smok zamruczał z uciechy.
 - yyyy, robi się późno, jak wrócimy? - zapytałam.
-a tak- odparł brunet z uśmiechem, po czym wsiadł na smoka. Jakimś cudem my również wgramoliliśmy się na smoka. Hick nie dał żadnej komędy, a smok posłusznie wzniósł się w noc.

Hiccup

Ach, co za uczucie! Znowu w powietrzu, nie na jakieś głupiej miotle tylko po królewsku- na smoczym grzbiecie. Co prawda to prawda- szeptozgon to nie Nocna Furia ale i tak miłe uczucie. Upajałem się tym nocnym lotem. Zerknąłem za siebie: Punzie wyglądała na przerażoną, Merida na jednocześnie zachwyconą i przerażoną a zimnooki na zdenerwowanego. W końcu smok zaczął zniżać lot i lądować. Zatoczyliśmy koło i wylądowaliśmy gładko na dziedzińcu. Smok trącił mnie nosem i odleciał w gęstniejący mrok. Po minucie ciszy założyliśmy pelerynę niewidkę a Jack gwizdnął z podziwem:
- stary, no a ja myślałem że jesteś zwykłym kujonem...


*******

No, nareszcie skończone! Mam nadzieję że i tym razem was nie zawiodłam! Piszcie w komach czy się podobało bo nie wiem czy am dla kogo pisać. Wiem, że było trochę drętwe i bez akcji ale wena opuściła mnie na tydzień. W następnych rozdziałach zaplanowałam trochę więcej akcji: będą smoki, czary i jakaś tajemnica :). Kolorowe gwiazdki w trakcie rozdziału znaczą początek lub koniec wspomnienia np. **** = wspomnienie Jacka Jeszcze raz mówię: zostawiajcie komy ;). A tu trochę naszych idoli:








2 komentarze:

  1. Nareszcie doczekałam sie nexta! Nie moge doczekać sie 5 roz. !
    PS. Nawet jakby nie było wielu czyelników to prosze, pisz dla mnie! Wciągnęłam się i kocham to opko!

    OdpowiedzUsuń
  2. takie komki dodają mi weny :) proszę was, komentujcie, krytykujcie i mówcie czego według was brakuje.

    OdpowiedzUsuń