poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 3

Rapunzel

Wstałam na dobre przed siódmą. Z wczorajszego wieczoru zapamiętałam tylko tyle że jestem w Hogwarcie i moja przygoda z magią wreszcie się zaczęła. Razem z Annabeth po cichu zeszłyśmy na   bardzo wczesne śniadanie.
-Jak myślisz - spytałam dziewczynę- od jakiego przedmiotu zaczniemy?
- hmmm- zaczęła się zastanawiać. Niemal widziałam trybiki obracające się w jej głowie. W końcu powiedziała:
-myślę, że eliksiry są bardzo interesujące. To znaczy bardzo mnie ciekawi jak z kilku składników wyprodukować zdatny do użycia WYWAR ŻYWEJ ŚMIERCI czy ELIKSIR WIELOSOKOWY...
- mnie zależy na ONMS-Jej szare oczy spoczęły na mnie pytająco.
-no wiesz, opieka nad magicznymi stworzeniami czyli ONMS. -powiedziałam z uśmiechem. Przyjrzałam się jej jeszcze raz. Była przeciętnego wzrostu blądynkął o kręconych bląd włosach i burzowo szarych oczach.
-lepiej przestańmy rozważać i chodźmy coś zjeść bo zaczynam byś głodna - powiedziała z uśmiechem i odeszłyśmy w kierunku "naszego" stołu. Ze znalezieniem drogi nie było trudno, gdyż nasze dormitorium znajdowało się na tym samym poziomie co Wielka Sala. Razem z Anabeth pochłonęłyśmy stosik gofrów i z pełnymi brzuchami czekałyśmy na rozdanie planów lekcji. Podszedł do mas niski rudy czarodziej, z pokaźnoł łysinoł i sumiastymi wąsami.
- Czy jest już siódma pięćdziesiąt ?- zapytał.Miał wysoki, chrapliwy głos.
- tak jest- powiedziała jakaś uda dziewczyna obok nas.
- dziękuję. Witajcie młodzi adepci magii. Jestem profesor Horacjusz Lorax i będę waszym opiekunem domu. Teraz rozdam wam plany lekcji. - mówiąc to machnął różdżką i osiemnaście arkuszy papieru pofrunęło do zaskoczonych pierwszoklasistów.
-hurra! pierwsze mamy eliksiry - zawołała uradowana Annabeth. Po czym wróciłyśmy się by wziąć potrzebne księgi.

Hiccup

Po nocy wydało mi się, że zaprzyjaźniłem się z Nico.
-hej, strary idziesz? - zapytał w drzwiach.
-zaraz dojdę, ok?- odpowiedziałem.
- ok, ale pamiętaj że nie możemy się spóźnić na rozdanie planów zajęć.
-ok, dzięki.- powiedziałem, a Nico wybiegł z pokoju. Miał czarne włosy, oliwkową skórę, brązowo-czarne oczy i cienie pod nimi. Był średniego wzrostu. Z tego co mi wczoraj powiedział był sierotą która trafiła do domu dziecka w Londynie. Z tamtąd adoptowała go para czarodziejów gdy miał dziewięć lat. Swoich prawdziwych rodziców nie pamiętał. Odtrącając myśli o kumplu skupiłem się na moim zadaniu. Z rękawa mojej szaty wyszedł mały, czarny smok.
-cześć Sczerbatku! - powiedziałem radośnie. Smok ryknął cichutko na powitanie. Z kufra wyjąłem dozownik i buteleczkę z fioletowo-niebieskim płynem. Płyn ten nabyłem od Johanna Kupczego na Berk. Miał on zapobiegać zianiu ogniem. Odmierzyłem jedną kroplę i dałem ją mini-nocnej-furii.
-do dna przyjacielu! - szepnąłem. Smok szybko uporał się z płynem.
- no, to teraz na śniadanie.
Przed drzwiami dormitorium zastałem Nica.
- to jak, idziemy? - zapytał zniecierpliwiony.
-jasne- powiedziałem z zapałem. Mój zapał jednak zgasł równie szybko jak się pojawił. Zanim dotarliśmy do Wielkiej Sali zgubiliśmy się z pięć razy. Gdy tylko usiedliśmy podszedł do nas Scot.
- Czołem pierwszoroczni !- zawołał- rozdaję teraz plany lekcji! -powiedział raźnym tonem i odszedł.
- a gdzie nasze pla... - zaczął Nico. Okazało się, że nasze talerze zmieniły się w arkusze z rozkładem zajęć. Potraktowaliśmy to jako przejaw poczucia humoru naszego opiekuna.
- Mamy eliksiry z Puchonami, a potem lekcje latania z Ślizgonami.
Chcąc nie chcąc udaliśmy się po księgi.

Merida

Z Astrid wstałyśmy o siódmej czterdzieści pięć. Miałyśmy pięć minut do zbiórki. Zebrałyśmy się z szybkością tornada i galopem popędziłyśmy do Wielkiej Sali. Gdy tylko usiadłyśmy przywitał nas dziarski, melodyjny,kobiecy głos.
-Dziewczynki, pamiętajcie nie toleruję spóźniania się.
Powiedziała to wysoka kobieta o czarno-fioletowo-zielono-brązowo-niebiesko... można tak wyliczać w niezkonczoność więc powiem że miała kolorowe włosy. Jej oczy były fioletowe, zupełnie jak dwa ametysty.
- to wasze plany zajęć, nie zgubcie ich!
- Mamy transmutację ze Ślizgonami, potem ONMS z Puchonami, a jeszcze później OPCM z Krukonami. - powiedziała podekscytowana Astrid. Nie mogę się doczekać, pomyślałam. Ciekawe czy reszta ekipy z mojego przedziału mnie rozpozna... Zagle usłyszała swoje imię.
-MERIDA,MERIDA,MERIDA!!! - nagle zobaczyłam kto krzyczy : była to Punzie. Z ulgą podeszłam do jej stołu i wbrew protestom Puchonów dosiadłam się do niej.
- cześć- powitała mnie uradowana.
- hej, czyli jednak mnie pamiętasz, tak się cieszę, już się bałam że zapomniałaś o mnie.
- no co ty!- blądynka udawała oburzoną- zapomnieć o najlepszej-jednodniowej-przyjaciółce?
Obydwie zaczęłyśmy się śmiać.
-Co teraz macie?- zapytała nagle.
-poczekaj transmutacje ze... Ślizgonami.
- Przynajmniej spotkasz Jacka.- powiedziała pocieszającym głosem. Jack, nie myślałam o nim. Fajnie że Punzie mnie nie zapomniała ale co z Jackiem i Hickiem? Z zamyślenia wyrwała mnie Punzie:
-hej, Merida, czy to nie Hick?- wskazała palcem bruneta z zielonymi oczami.
-może, poczekaj chwilę... - zajrzałam pod stół i zobaczyłam kawałek metalowej "nogi" chłopca.
-tak, Punzie to on-krzyknęłam- HICK!!! - zobaczyłam jak odwraca się w naszą stronę, wstaje od stołu i kuśtyka do nas.
-Hej, co tam?- powitał nas.
-z kim masz pierwszą lekcję?- zapytałam.
-z Puchonami- tu zwrócił się do Rapunzel- chciała byś ze mną siedzieć.
Moja przyjaciółka wyglądała na zszokowaną, lecz po chwili uśmiechnęła się i powiedziała:
-jasne! będzie fajnie.
Po tej rozmowie pożegnaliśmy się ,a ja razem z Astrid powlokłam się na transmutację. Ze znalezieniem sali nie było problemu, gdyż prefekt Gryffindoru zebrał nas w ciasnął grupkę i na czwarte pięto. Były tam stare, brązowe wrota z mosiężną klamką. Przed wejściem czekali już Ślizgoni zbici w małą grupkę. Przed nami zmaterializowała się opiekunka naszego domu.
-Zapraszam do środka. oj, no tak. Będziecie siedzieć parami, chłopiec z dziewczynką.
Zaczęła dobierać nas na chybił trafił.
-Hej, Merida, tak? Usiądziesz z panem Frostem. - po czym odesłała nas do ostatniej, ławki w środkowym rzędzie.
-cześć- szepnął- pamiętasz mnie?
-jasne, jak mogła bym zapomnieć tak denerwującego gościa- odparłam z uśmiechem. Jack stłumił chichot.
-Jeśli już masz mnie jakoś określić, to tylko jako przystojniaka.- zaczął udawać obrażonego. Spojrzałam w jego lodowato niebieskie oczy. Były zniewalające.
-Może i jesteś przystojny, ale to nie zmieni faktu że jesteś mega denerwujący. - uśmiechnęłam się z wyższością.
- Za to ja wiem że jesteś jak twoje włosy, one są potargane, a ty nie ogarnięta.- powiedział. Trąciłam go w ramie.
-dzięki, a ty jesteś jak twoje oczy, zimy jak lód.
- Oh! jak to miło wiedzieć że moje oczy są tak zajmujące...
- czy ja przypadkiem nie przeszkadzam?- rozległ się głos nad nami. Odwróciłam się, i zobaczyłam nade mną twarz mojej nauczycielki.
-hmmm, tak właściwie- odezwała się Jack- troszkę nam pani przeszkadza, więc gdy by mog...
- Bardzo jestem ciekawa co ma pan do powiedzenia panie Frost, lecz jesteśmy w trakcie lekcji. Zatem jeśli pan uważał będzie pan w stanie powtórzyć definicję transmutacji.
- Transmutacja polega na zmienieniu jednego obiektu w inny. Są różne odmiany transmutacji, jednak na tym poziomie edukacji będziemy uczyć się o transmutacji rzeczy nie ożywionych, ludzkiej, i między gatunkowej.- odparł spokojnie. Może i nauczycielka chciała wyglądać surowo, jednak widać było że jest pod wrażeniem. Nie wyraziła co myśli o tej nagłej wypowiedzi Jacka,  gdyż rozległ się dzwonek.
- nie kuś losu Jack, wiesz że to był przypadek.
- Może i tak.- wzruszył ramionami i wyszedł.


Jack

Śniadanie było nudne, nie warte zapamiętania. A może byłem zbyt zmęczony po nocnej bitwie by coś pamiętać. Na transmutacji był nie zły ubaw. Teraz wraz z resztął  Ślizgonów udaliśmy się na błonia, na lekcję latania z Krukonami. Na błoniach zobaczyłem Hica.
-jak tam lekcja?
-koszmar. - wyznał brunet.
-Dość pogaduch!- usłyszeliśmy dziarski głos- nazywam się Irina Hooh. Witam na lekcji latania. Stańcie po lewej stronie miotły. Wyciągnijcie lewą rękę i powiedzcie "do mnie".
Zrobiłem jak kazała. Nie byłem zaskoczony gdy miotła poszybowała do mojej ręki. Rozejrzałem się po klasie. Tylko czterem osobom się udało. Byłem to ja, tęgi brunet ze Slytherinu, blądyn z Ravenclavu i, nie nie wierzę... Hiccup. Stał z miotłą w ręku. wyglądał na lekko zszokowanego ale gdy napotkał moje spojrzenie wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Reszta klasy darła się ile sił w płucach, tak że połowa z nich była czerwona na twarzach, lecz miotły nie przylatywały. W końcu niektóre osoby ukradkiem podnosiły mioty i z miną godnął aniołka. Gdy profesorka kazała po koleii wsiadać na miotły Hick był drugi najlepszy. Drugi, ponieważ ja byłem najlepszy.
- Frost, Haddock! Proszę na słówko!- zawołała. Podeszliśmy do niej z minami skazańców.
-Obydwaj jesteście z tego samego domu?
-Nie- odparł Hick- ja jestem z Ravenclavu, a Jack ze Slytherynu.
- to dobrze, było by mi niezmiernie miło gdybyście obydwaj startowali na kandydatów do drużyn quiddicza. Jack, był byś świetny jako ścigający, a ty Hiccup jako szukający! Czekam na was na sprawdzianach. Na ciebie Jack 22 października, a na ciebie Hiccup 30 września!

                                                                      *****
No, mam nadzieję, że i tym razem was nie zawiodłam! Taka dramatyczna pauza żebyście mieli na co poczekać :). Dzięki za poprzednie komentarze. Fajnie się dowiedzieć że nie jestem jednak kompletną niezdarą.

6 komentarzy:

  1. Kiedy kolejny rozdział? Nie mogę się doczekać!!! Dawaj szybko rozdział! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajne, tylko mam jedno pytanie:
    O co chodzi z Astrid? Bo w I roz. napisałaś/eś, że Czkawka tęskni za Asrrid. To on jej w szkole nie widział jeszcze czy ta w szkole to inna Astrid?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta sama Astrid, wszystko się wyjaśni w następnym rozdziale ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedy ten rodział będzie? Bo ja nie moge sie doczekać!

      Usuń
    2. Pierwowzór już powstał, teraz ubieram go w słowa ale myślę że do piątku powinien być

      Usuń
  4. Kiedy wreszcie dodasz ten rozdział!! Nie należę do osób cierpliwych.

    OdpowiedzUsuń