Paring: RusAme (Rosja x Ameryka)
Anime: Hetalia
R: -brak-
Uwagi: Alfred jest bohaterem i ponosi tego cenę. Zawsze wierny swoim przekonaniom.
Od autora: Rozdział dla kochanego Ha-china. Dziękuje za LBa, niedługo wypełnię. Przepraszam za brak odzewu ale projekt gimnazjalny, konkursy i prace domowe zwaliły się na biednego Sahadowa. Peszeg xD
Bycie bohaterem było koszmarnie trudne i nie chodzi tu o potykanie się o swoją pelerynę czy noszenie głupawych kalesonów. Tu chodziło o trzymanie się swoich przekonań.
Alfred szedł przez park, gdy na niebie zaczęły zbierać się ciemne chmury. Chłopak otulił się szczelniej swoją kurtką, w duchu ciesząc się, iż takową posiada. Skręcił w stronę parku, by nie przedłużać sobie drogi do domu gdy na ławce zauważył nieruchomą postać. Z początku nie wiedział co zrobić. Może na kogoś czeka? Powoli podszedł do tajemniczej osoby, która po bliższym przyjrzeniu okazała się być dziewczyną. Miała długie, blond włosy, mocny makijaż i raczej skąpe ubranie. Nie ruszała się.
- Hej - Alfred podszedł do niej, delikatnie dotykając ją w ramię. Dziewczyna otworzyła brązowe oczy po czym spojrzała na niego spod wytuszowanych rzęs - Czemu tu siedzisz?
- Nie twoja pierdolona sprawa - mruknęła i w tym samym momencie zadrżała z zimna.
- Możliwe - odpowiedział zgodnie z prawdą - nie jest ci zimno? Zaraz będzie padać...
-Troszkę, ale wiesz co? Nic na to nie poradzisz. Nic nie poradzisz- powtórzyła z wrednym uśmiechem tak, jakby za wszelką cenę chciała udowodnić Alfredowi, że się myli. Że nie ma racji. Chłopak tylko wzruszył ramionami po czym zdjął z siebie swoją ukochaną kurtkę lotniczą i zarzucił na szczupłe ramiona dziewczyny. Ta spojrzała na niego zdziwiona.- Czemu mi ją dajesz? - spytała.
- Przecież mówiłaś że ci zimno. Bohater zawsze pomaga damom w opałach! - zaśmiał się a dziewczyna razem z nim.
- Dzięki. Tak przy okazji, jak masz na imię? - spytała.
- Alfred.
- JA jestem Ame-
- lia - dokończył - jesteś dość... popularna - dodał widząc jej zaskoczone spojrzenie - zatem Amelio, wracaj do domu, bo zaraz zacznie padać. Potrzebujesz by ktoś cię odprowadził? - spytał na co ta zaczerwieniła się.
- Nie, dziękuję.
Chłopak odszedł w swoją stronę. Gdy tylko przeszedł przez przejście dla pieszych łączące park z chodnikiem po drugiej stronie ulicy nastąpiło urwanie chmury. Alfred cały przemoczony i zziębnięty od lodowatego deszczu, po niespełna pół godzinie wszedł do swojej małej kawalerki. Cały drżał, gdy mocząc podłogę zaczął ściągać przemoczone ubrania. Chwilę po tym wszedł pod prysznic, niemal od razu odkręcając ciepłą wodę.
Następnego dnia obudził się głodny i z gorączką. Najwyraźniej chłodna, listopadowa pogoda połączona z deszczami nie służyła jego układowi odpornościowemu. Uśmiechnął się na tę myśl po czym niemal od razu zakaszlał. Nienawidził być chorym.
Otworzył lodówkę, która okazała się ziać pustkami. Przeklął swoją dobroć, kiedy to ostatnie oszczędności na zakupy wrzucił do kapelusza grajka siedzącego na skrzyżowaniu ulic łączących jego szkołę i centrum. Przecież bohater zawsze pomaga innym.
Jego choroba łącznie trwała trzy dni. W tym czasie został zasypany masą połączeń od Ivana, Kiku i Arthura, którzy martwili się o jego stan zdrowia. Matthew, jego brat bliźniak proponował nawet, że przyjedzie i dotrzyma mu towarzystwa, lecz Alfred nie chciał zawracać mu głowy swoją osobą. Bohater odciąża innych z obowiązków.
Dochodziła właśnie dwudziesta, a Jones dopiero wychodził z uczelni. Dziś wyjątkowo długo zeszło mu na robieniu projektu z Ivanem, na którego obiecał poczekać przed wejściem do szkoły.
Stał więc pod latarnią i chuchał na zziębnięte palce u rąk gdy usłyszał odgłosy szamotaniny i śmiechy. Jako bohater wiedział co robić. Ruszył biegiem w tamto miejsce po czym stanął jak wryty.
Przed nim stało trzech wysokich chłopaków ze starszego rocznika kopiących młodszego ucznia z klasy równoległej do klasy Alfreda. Chyba nazywał się Alan, ale Jones nie miał co do tego pewności. Za nimi stały cztery dziewczyny, wtórujące całej scenie chichotami. Rozpoznał w śród nich Amelie.
Chłopcy zaprzestali znęcania się nad Alanem i równocześnie skierowali wzrok w stronę kipiącego wściekłością Alfreda.
- A ty tu czego?- zapytał jeden z nich. Blondyn milczał.
- Mowę ci odjęło czy co? Zmiataj stąd zanim tobie też się dostanie! - warknął jeden z nich a Jones zacisnął pięści.
- Zostawcie go.
Odpowiedziały mu gwizdy i głośniejsze śmiechy od żeńskiej strony publiczności.
- No to dawaj bohaterze - wyszczerzył się największy z nich.
Alfred pochylił się w pozycji obronnej. Pierwszy cios nadleciał z góry. Niebieskooki zrobił unik, nie dostrzegając pięści lecącej na niego z lewej. Zgiął się w pół na co tamci tylko czekali. Rzucili się na niego, wciągając chłopaka w jeden z ciemniejszych zaułków.
Jones podkurczył nogę i kopnął jednego z osiłków w głowę. Oberwał za to w twarz. Pomiędzy uderzeniami spojrzał w stronę Amelii. Dziewczyna stała i jak gdyby nigdy nic i śmiała się z przyjaciółkami oglądając tę masakrę. Usta blondyna ułożyły się w bezgłośne "pomóż" na co dziewczyna zachichotała jeszcze głośniej.
I wtedy film mu się urwał, gdyż z góry nadleciał cios trafiając go bezpośrednio w głowę. Stracił przytomność.
Obudził się dalej leżąc cały obolały w ciemnym zaułku. Spróbował się podnieść co uniemożliwił mu piekący ból, falami rozchodzący się po całym jego ciele. Syknął, po prostu leżąc w opuszczonym zaułku.
Zadrżał z zimna gdy pierwsza kropla deszczu, lecąca z nocnego nieba skapnęła mu na nos. A z nią następne. Było mu tak cholernie zimno, miał ochotę zwymiotować. Albo zemdleć. Nikt go tu nie znajdzie... Nie ma takiej szansy, było zbyt późno i za ciemno. Zero szans na ratunek.
Czy gdyby nie próbował ocalić tego chłopaka znalazł by się tutaj? Czy gdyby nie oddał Amelii swojej kurtki byłoby mu cieplej? Czy gdyby nie oddał swoich ostatnich pieniędzy tamtemu grajkowi byłby lepiej odżywiony, co może pozwoliłoby mu wygrać tą walkę? Tak kończą bohaterowie- pomyślał gorzko.
Nagle zimne krople przestały spadać na jego pokaleczone już ciało. Poczuł, że ogarnia go kojące ciepło po czym usłyszał znajomy głos o lekko rosyjskim akcencie.
- Czemu na mnie nie poczekałeś? -Alfred nie miał siły odpowiedzieć więc po prostu uśmiechną się z wysiłkiem, gdy Ivan delikatnie pogładził jego policzek- Teraz zaboli, mam zamiar Cię podnieść - uprzedził Braginski i tak jak powiedział, wziął Alfreda na ręce. Ciepły płaszcz Ivana dawał przyjemne poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak sama obecność kogoś bliskiego. W końcu doszli do domu Jones'a. Ivan wyciągnął z kieszeni brudnych spodni chłopaka klucze po czym weszli do mieszkania. Rosjanin zamknął za sobą drzwi i ułożył Alfreda na kanapie- masz w domu apteczkę?
- Górna półka nad kuchnią - wychrypiał z trudem.
Fioletowooki wrócił do pokoju z apteczką i zaczął powoli smarować maścią wszystkie siniaki i zadrapania na brzuchu i ramionach Alfreda.
Nawet nie pytał o powód. Obaj doskonale go znali. Gdy wreszcie skończył usiadł na miejscu obok.
- Wiesz, że nawet bohater czasem potrzebuje swojego obrońcy?- Pokiwał głową.- Więc pozwól, że zostanę nim ja.
Alfred uśmiechnął się z wysiłkiem a Ivan delikatnie wziął go w ramiona tak, by nie uszkodzić żadnego z brzydko wyglądających siniaków. Może bycie bohaterem wcale nie było takie złe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz